Hiszpania 2015

Kolejna pozycja z listy marzeń została wykreślona. Podróżujemy, marzymy! JESTEŚMY WOLNI!
Naszą aktualną pozycję możecie śledzić na:
Sprawdź na mapie gdzie aktualnie jesteśmyKliknij tutaj!

Od czasu do czasu nasza pozycja będzie uaktualniana, czasami strona będzie wyłączona. Jeśli będą się pojawiać problemy to piszcie: kontakt@kujawynarowerze.pl

Statystyka:

Dzień 1: Brześć Kujawski – Krzyżowice

Pierwszy dzień wyprawy. Pierwszy wspólny posiłek. Pierwsze wspólne kilometry jazdy. Pierwsze pieczątki na paszporcie. Pogoda zadowalająca. Nic ciekawego się nie działo.

Dystans: 85.43 km Czas jazdy: 5:45:33.

Dzień 2: Krzyżowice – Pola Lednickie

Nawałnica, która przeszła przez Pola Lednickie niemalże zniszczyła cały nasz dobytek (namioty i bagaże). Na szczęście udało się nam uciec, a po całej „imprezie” szybkim krokiem sprawdziliśmy stan naszych domów. Wszystko było suche, namioty całe – mamy wielkiego farta. Pogoda tego dnia również nas dobiła. Skwar, żadnych chmur i brak wiatru. Dziś spokojnie możemy powiedzieć: „Camino, dzień pierwszy”. Poniedziałkową przejażdżkę uznajemy za prolog naszej wyprawy; dziś rozpoczęła się prawdziwa wyprawa. Na tej trasie poznaliśmy również Asię, pierwszego pielgrzyma. To piękne spotkanie zapamiętamy na długo.

Dystans: 69,23 km Czas jazdy: 4:37:00

Dzień 3: Pola Lednickie – Gąsawy
Dystans: 62,38 km Czas jazdy: 4:22

Dzień 4: Gąsawy – Sieraków
Dystans: 70.90 km Czas jazdy: 4:59

Dzień 5: Sieraków – Stołuń
Dystans: 58,46km Czas jazdy: 4:05

Dzień 6: Stołuń – Żubrów
Dystans: 78,28km Czas jazdy: 6:01

Dzień 7: Żubrów – Drzecin
Dystans: 78,86 Czas jazdy: 5:07

Dzień 8: Drzecin – Ośrodek Hellene See
Dystans: 21,5 km Czas jazdy: 1:42

Dzień 9: Ośrodek Hellene See – Lübben
Dystans: 72,20 km Czas jazdy: 5:33

Dzień 10: Lübben – Beyern
Dystans: 82,62 km Czas jazdy: 5:04

Dzień 11: Beyern – Lipsk
Dystans: 88.75 km Czas jazdy: 5:08

Dzień 12: Lipsk – Bad Kösen
Dystans: 78,04 km Czas jazdy: 4:31

Dzień 13: postój

Dzień 14: Bad Kösen – Ettersburg
Dystans: 58,15 km Czas jazdy: 4:11

Dzień 15: Ettersburg – Krauthousen
Dystans: 95,38 km Czas jazdy: 5:31

Dzień 16: Krauthausen – Fienderdorf
Dystans: 101,64 km Czas jazdy: 6:00

Dzień 30 lipca 2015
Noc spędziliśmy na kempingu na granicy belgijsko-francuskiej. Noc była zimna, a poranek niewiele cieplejszy, dlatego z namiotów wychyliliśmy się dopiero koło 8. Niebo bylo pokryte delikatnymi, białymi chmurami. Zapowiadał się piękny dzień.
Na śniadanie tym razem „wciągaliśmy” chleb z masą czekoladową, co by mieć siłę pokonać pierwsze kilometry we Francji. Niestandardowo, bo tym razem dopiero po śniadaniu wszyscy wskoczyliśmy pod prysznice by opłukać się z trudów dnia poprzedniego. Niestety, przez godzinę pogoda znacznie się zmieniła. Białe chmurki zostały przepędzone przez gęste i ciemno granatowe chmury, ktore zapowiadały nieprzeciętne opady deszczu.
Przeczucia się sprawdziły, deszcz zaczął padać i padał tak przez dłuższy czas, co znacznie opóźniło nasz wyjazd. Zwineliśmy mokre namioty i ruszyliśmy na podbój Francji 😉 a była już godzina 14 😉
Po przejechaniu 5 kilometrów złapał nas znów deszcz. Nie mieliśmy wyboru, schroniliśmy się w jakiejś przydrożnej, akurat otwartej, oborze z małymi krówkami. Przeczekaliśmy największy deszcz i ruszyliśmy w kierunku miasta Maubeuge.

schronienie przed deszczem ;)

Nie mieliśmy za wiele do jedzenia. Konieczna była wizyta w makecie. Po dojechaniu do najbliższego miasta, zatrzymaliśmy się przy Carrefourze. Kupiliśmy porcje porządnej kiełbasy, bułki, francuskiego melona i zaczęliśmy obiad. Tradycyjnie już siedząc na parkingu przy sklepie 😉

obiad pod Carrefourem ;(

Musieliśmy dziś znaleźć wifi, konieczne było ściągnięcie dodatkowych map Francji do naszej aplikacji z nawigacją. Znaleźliśmy McDonalda z darmowym dostępem do internetu. Udało się naprawić przeglądarki w telefonach by móc logować się bezpiecznie w hotspotach oraz ściągnęliśmy niezbędne mapy francuskich prowincji.
Wiedzieliśmy, że dziś nie przejedziemy prawie nic. Ważniejsze dla nas było dokonanie aktualizacji map. Udało się i już jutro możemy pedałować, nie martwiąc się czy skręcić w lewo czy w prawo.

Dobranoc.

26 dzień wyprawy – koniec lipca.
Kolejny dzień – kolejne kilometry zbliają nas do celu. Obudziliśmy się około ósmej. Noc była straszna, było bardzo zimno. Nie miałem siły i ochoty jechać. Wyglądałem jak Rudolf Czerwononosy, a czułem się jeszcze gorzej. Nie ma lekko, witaminki i kierujemy się na Saint – Quentin. Droga z każdą kolejną minutą stawała się łatwiejsza; pewnie dlatego, że zadziałała pleśniowa kiełbasa i wiał wiatr w plecy. Tego dnia atrakcji za dużo nie było. Powoli jednak zaczynają się tworzyć krajobrazy z „Drogi Życia”. No może trochę to wyolbrzymiam, ale robi się pięknie. Jednak natura wygrywa czasami z cywilizacją. Około 19 docieramy na camping w Saint – Quentin. Jest normalnie, zaskakuje nas jedynie cena – bardzo tanio w porównaniu do Niemiec.

1 sierpnia, kolejne 24 godziny w podróży.

Dzień wyglądał obiecująco. Pierwsze problemy pojawiły się jednak już na samym początku. By wyjechać z Saint – Quentin musieliśmy przedzierać się przez niemałe zarośla. Oczywiście daliśmy radę. : )
Od samego rana słońce dało o sobie znać. Temperatura zaczęła się podnosić. Po uzupełnieniu siły w organizmie poprzez dawkę węglowodanów i wody, dojechaliśmy do Compiegne. Pokonaliśmy 82km w nieco ponad 4 godziny. Już jutro kierujemy się na Paryż. Tam chcemy odpocząć i spokojnie, choć w jakimkolwiek stopniu, zwiedzić miasto.

Dzień 31. Po jakże wspaniałej nocy na dziko, w jednym kawałku i zdrowym umyśle wyruszyliśmy „na Orlean”. Susza panująca we Francji również nas dopada. Teren jest łatwy, lecz sił brakuje, gdy brakuje wody. Po południu znajdujemy naszą oazę – przydrożne drzewo chroni nas od słońca. By odzyskać siły wcinamy dwie puchy ravioli. Po chwilowej przerwie decydujemy się na wyjazd. Wieczorem jesteśmy w Orleanie. Spotykamy waleczną i świętą Joannę d’Arc, a także zwiedzamy Katedrę Świętego Krzyża.

WP_20150805_17_54_11_Pro

Architektura świątyni oraz jej bogate wnętrze wprowadza nas w odległy średniowieczny klimat. W którejś komnacie duszpasterze odprawiają koronkę. Brakuje jedynie rycerzy, pięknych księżniczek, zabawiaczy – ale to możemy sobie już wyobrazić. Po odpoczynku udajemy się na lokalny camping pod Orleanem. Tam regenerujemy siły i z niecierpliwością czekamy na następne przygody.

Dzień 32 (6 sierpnia 2015)

Późno wyjechaliśmy z dzisiejszego noclegu. W planach było dotarcie za miejscowość Blois i tam zatrzymanie sie na jakimś kempingu miejskim by chociaż zmyć z siebie to co przylepi się do nas, Ptok wysmarowaniu czymś z filtrem UV.

Wyjechaliśmy późno i plany nasze trzebabyło zmienić.
Cel, zatrzymać się jeszcze przed Blois, ale zobaczyć jak najwięcej zamków leżących bezpośrednio przy naszej dzisiejszej trasie.

Screenshot_2015-08-06-11-43-55

Brakło jedzenia.

Wszystkie produkty nadające się jeszcze do spożycia zostały wchłonięte już na śniadaniu. Na resztę dnia nie zostało nic, więc podobnie jak zamki, obowiązkowym punktem trasy był sklep. Najbliższy za 18 km w  miejscowości Clery-Sand- Andore. Zanim jednak przejechaliśmy te 18 km, wjechaliśmy prawie do raju. Przejeżdżaliśmy przez sady owocowe, do wyboru było wszystko: jabłka, gruszki, brzoskwinie, morele i dojrzewające kiście winogron. Nabraliśmy sporo jabłek i ruszyliśmy dalej. Dzięki Bogu mieliśmy ich tyle, że starczyło by przeżyć przez większość dnia. Dlaczego?, wjechaliśmy do regionu, gdzie pojawiła się już siesta, a wiec wszystko między 12.30 a 14.30 było zamknięte na amen. Do sklepu więc nie weszliśmy i trzeba było pedałować dalej na samych jabłkach.

Pierwszy zamek.
Dojechaliśmy do miejscowości Beaugency. To było miasto wyciągnięte z historii. Gdyby wszystkie auta wyjechały z miasta, człowiek uwierzyłby że żyje w innej epoce. Z wyróżniających się obiektów w tym mieście na zdjęciach uchwyciliśmy kolejno kościół, i wierze Cezara, przy której tradycyjnie już znajdował się pomnik dziewicy orleańskiej.

WP_20150806_14_08_31_Pro

WP_20150806_15_03_20_Pro

WP_20150806_15_08_41_Pro

Dzień 33. Po bardzo ciepłej nocy przyszła do nas burza. Od samego rana musieliśmy stawić temu czoła. Po unieruchomieniu i lenistwie z campingu wyjeżdżamy dopiero o 14. Kierujemy się do Blois. Piękny zamek, piękne średniowieczne uliczki – to zdecydowanie kraina nad Loarą.

WP_20150807_14_52_13_Pro

WP_20150807_15_10_40_Pro
Przy okazji robimy zakupy, jemy drugie śniadanie. Dostaję pieczątki do naszych paszportów Pielgrzyma, dodatkowo pracownik informaji turystycznej chce nam pomóc. Proponuje napełnienie bidonów. To bardzo miłe z jego strony, niestety nie mieliśmy niczego w co moglibyśmy wlać wodę. Na peryferiach miasta po raz pierwszy wymieniamy dętkę – dokładniej to Patryk ją wymienia.

WP_20150807_17_35_17_Pro

Po naprawie decydujemy się odpocząć na campingu. Jemy obiadokolację – najlepsze ravioli z puszki.

Dzień 34

Dzień 34. Noc była bardzo gorąca. Po kanapkach z pomidorem, podczas mycia garów, przypadkowo spotkaliśmy się na campingu z Jackiem i Anią. Długo rozmawialiśmy – w końcu był to ktoś inny niż my. Dzięki wielkie!! Około 11 ruszamy w kierunku Poitres. Już niedługo znajdziemy się nad Antlantykiem! Podczas jazdy oglądamy zamki, twierdze, pałace. Jedne zapierają dech w piersiach, inne po prostu są i tyle. Późnym wieczorem docieramy na miejski camping. Już po raz trzeci stelaż od namiotu Filipa złamał się, co definitywnie oznacza koniec użytkowania „domu”. Dodatkowo w moim rowerze klocki hamulcowe starły się w piorunująco szybkim tempie. Wymiana niezbędna, gdyż zbliżają się Pireneje. Jutro niedziela, więc jakoś musimy ten jeden dzień się przemęczyć. W poniedziałek głównym celem jest Decathlon, w którym mamy nadzieję nasze problemy znikną.

Dzień 35

Dzień 35. Po szybkiej pobudce zabraliśmy się do pakowania. Mieliśmy jasno określone cele, które musieliśmy wykonać. Niespodziewanie przyszedł do nas Pan Janek (tak go nazwaliśmy). Po krótkiej rozmowie zostaliśmy zaproszeni na kawę i ciastko. Był Francuzem, jego rodzice natomiast to Polacy. Przyjechał na wakacje. Jego żona została z wnukami, więc pojechał sobie sam. Dobra żona ^^ . Okazało się, że 30 lat temu Pan Janek brał udział przy uruchamianiu linii produkcyjnej na Azotach we Włocławku!! Jaki ten świat mały 🙂 Czas gonił, więc czym prędzej udajemy się do… Tam również spotkaliśmy Pana Janka, który przyjechał na partyjkę kulek (popularna gra we Francji). Jest niedziela – tutaj we Francji, sklepy są czynne w godzinach porannych, albo są nieczynne. Z tego też powodu decydujemy się na nocleg przed Poitres (gdzie jest Decathlon). Jest i on! Piękny, miejski camping. Niestety brak miejsc 🙁 nie rezygnujemy – przecież jesteśmy Polakami. Czekamy na kogoś z recepcji, przecież ktoś musi zamknąć bramę, czy okna w recepcji. W tym czasie jemy coś co przypomina grochówkę, czy fasolówkę – w sumie ważne, że ma kalorie. Po chwili podchodzi do nas starsza kobieta. Nie mówi po angielski, więc większość pokazujemy. Udaje nam się rozłożyć. Mało miejsca, ale ważne, że bezpiecznie, można się wykąpać itp. Dodatkowo od kobiety otrzymujemy schłodzoną wodę i brzoskwinie. Mega dzień!

Dzień 36
Noce we Francji są bardzo ciepłe. Oczywiście od momentu, kiedy z supermarketu pożyczyłem niemały karton pod nogi. Drażni mnie to, ale ważne, że się wysypiam. Ogarniamy się, bo dziś dzień D. D jak Decathlon i Dystans. Już niedługo Ocean Atlantycki, a dokładniej Zatoka Biskajska! Czas się rozliczyć z campingiem. Okazuje się, że system ma komplet, spaliśmy na campingu nie będąc na nim. Mężczyzna nie wie co zrobić, więc odpowiada „gift”, co oznacza prezent. Cieszymy się z tego, bo każdy zaoszczędzony pieniądz jest dla nas bardzo ważny. Ceny w Polsce znacznie odbiegają od tych z państw Europy Zachodniej. Około 14 jesteśmy gotowi do dalszej jazdy. Hamulce wymienione, namiot kupiony – w drogę!
Kraina zamków nad Loarą już się powoli kończy. Odwiedzamy ostatnie z nich. Jak będzie czas to wybierzemy się tylko po to, by je wszystkie zobaczyć (a jest ich około 300). Taki mini trip po Francji.
Późnym wieczorem rozkładamy obóz w Melle. Jest to ponownie camping miejski, dlatego też ani śladu gospodarza obiektu. Czyżby znów dopisało nam szczęście? Nie ma co marzyć. Dobranoc, trzymajcie się przyjaciele.

Dzień 37
Wstajemy. Rozmawiamy z sąsiadami o wyprawie. Każdy tutaj jest uśmiechnięty, ma w sobie pełen luz i spokój. Może te chwile będą i w Polsce. Ludzie nie będą myśleć czy starczy „do następnego miesiąca”, albo czy w tym roku kupi się książki dla dziecka. Długo by gadać. Wróćmy do poniedziałku. Spakowani i gotowi dojechać do Saintes, chcemy jak najszybciej rozliczyć się za dzisiejszą noc na campingu. Nie ma nikogo. Od wczoraj. No cóż, czas jechać. Kasa zaoszczędzona. Po kilku kilometrach robimy zakupy. Trzeba zjeść dobre śniadanie, by energii nie zabrakło przez kilka następnych godzin. Po kilkunastu minutach wyruszamy. Tym razem jeszcze poczta. Chcemy wysłać parę rzeczy. Jest drogo, więc rezygnujemy. Te 2 tygodnie wytrzymamy.
Około południa jesteśmy na szlaku. Szlaki Camino de Santiago we Francji podzielone są na te dla pieszych, jak i rowerzystów. Jest to duże ułatwienie; w pamięci mamy przecież przedzieranie się przez pieszy polski szlak. Jednym słowem katorga. Dziś czuję, że jestem we Francji. Po Drodze mijamy piękne pola słoneczników i winorośli. Jest gorąco, ale jedzie się w miarę przyjemnie. Po 18 jesteśmy w Saintes. Co będzie jutro? Będzie ciekawie.

Dzień 38
Była spokojna noc. Z campingu wyjeżdżamy w miarę wcześnie. To ten dzień! To Atlantyk! Po ok. 40 km docieramy do Royan. Jest fantastycznie. Dużo plażowiczów, sklepów z pamiątkami i wielki, przeogromny basen wody. By kontynuować dalszą podróż musimy przeżucić się na inny środek lokomocji: prom. Buja, kołysze, ogólnie dziwne uczucie. Z Royan aż po San Sebastian (Hiszpania) prowadzi EuroVelo. My zatrzymjemy się kilkadziesiąt kilometrów za promem i kilometr od plaży. Francuska pogoda pokazuje, że w naszym regionie w nocy będzie ogień – nawałnica na 99,9%. Namioty gotowe, by nas chronić; rzeczy, solidnie schowane w razie ewakuacji.

Dzień 39, 40
Bez większych problemów przeżyliśmy nawałnicę. Teraz już tylko Hiszpania. EuroVelo to autostrada dla rowerów. Powoli robiło się nudno. Raz zdarzyło się, że szerokość drogi obejmowała jeden rower. Jako, że mamy pełen ekwipunek nie zjeżdżaliśmy pierwsi. Twardzi ludzie.
Podczas 40. dnia podróży przed naszymi oczami stanęły wielkie masy piasku. To wydmy! Największe osiągają nawet 107 metrów wysokości. Na górze jak w Discovery. Po lewej prawie jak w lesie tropikalnym, po prawej Ocean Atlantycki. Widok nieziemski. Przez te dwa dni szlak prowadził nas po bardzo bogatych campingach. Cena za jedną, krótką noc, wahała się między 45 – 50 Euro. Żadni z nas bogole, więc śpimy na dziko niedaleko oceanu. Piękne te nasze, aktywne wakacje.

Dzień 41
Budzik! 7:20! Wstaję. Nagle trzask. Jakby ktoś złamał drzewo. Po krótkiej chwili, w sypialnii, za sobą widzę strasznie zniszczony stelaż. Niestety złamał się w tym miejscu, które powoduje, że jest bezużyteczny. Niestety zniszczył również tropik. Następne dwa tygodnie koczuję. 😛 Nie no, coś się wymyśli. Składamy namioty. Leje. Mamy wyczucie czasu. Po kilkudziesięciu minutach przestaje i w końcu pokazuje się słońce. Cały czas jedziemy EuroVelo/Camino de Santiago. Dziś grał nasz klub, Giekaesiaków nie mogliśmy nie wspierać, więc podczas jazdy co rusz sprawdzamy wynik meczu. Gratulacje Pany!! 3 punkty nasze! Po raz kolejny śpimy na dziko. Buen Camino!

Dzień 42
Udało się stworzyć prowizoryczny namiot. Nie pada na głowę to najważniejsze. Dziś mieliśmy szczęście – po kilkudziesięciu minutach od złożenia namiotów, niedaleko naszego miejsca, podjechała ochrona rezerwatu. Ominął nas mandacik (a mają je tutaj srogie).
Na śniadanie kanapki z czekoladą i w drogę. W piorunującym tempie robimy swoje (4h – 80km). Niestety dochodzi kolejna awaria sprzętu. Pedał w rowerze Patryka wylatuje i nawet „zipy” nie mogą sobie z tym poradzić. Jeśli „zipy” sobie z tym nie radzą, znaczy, że niezbędna jest wymiana. Pogoda robi się nieciekawa, mamy sporo rzeczy do prania i po prostu chcemy odpocząć – decydujemy się na camping. Dzięki chłopakom udało się stworzyć szałas dla mnie. Czas na kąpiel i relaks.
Dobranoc!

Dzień 43
Hiszpanio witaj!! Po kilku kilometrach od campingu, zaczynamy zabawę z kolejną aglomeracją miast. Tym razem francusko – hiszpańskich. Od Tarnos przez Anglet, Bayonne, Saint Jeant de Luz docieramy do Írun. Otoczeni pięknymi widokami pokonujemy kolejne kilometry (już niedługo będzie ich 3000). Jadąc w kierunku Galicji, po naszej prawej stronie widzimy zapierające dech w piersiach masy wody (Ocean Atlantycki). Fale uderzają o skały, plażowicze przewracają się na drugi bok, by równo się opalić, pielgrzymi zdobywają kolejne pieczątki Camino de Santiago. Jest przepięknie; to niewiarygodne, że zdołaliśmy dojechać tu rowerem. Czasami zazdrościmy wczasowiczom. Nie myślą o kolacji, noclegu – mają wszystko wliczone w cene w *** campingu lub hotelu. Z tego też powodu spoglądamy w lewo. Tam wielkie Pireneje. Baranki, kozy, krowy, owce na pastwiskach; miasteczka w dolinie; sanktuaria,kościoły na szczycie. Czy można chcieć czegoś więcej? Magia. Nie da się tego opisać. To trzeba przeżyć! Około 19 udaje się nam dotrzeć do Írun. Zostajemy przygarnięci przez schronisko dla pielgrzymów – albergue. Wszyscy dziś tak naprawdę zaczynają swoje camino – my mamy je już 43 dzień. Gdy o tym mówiliśmy, czy to w recepcji, czy już rozmawiając z samymi pielgrzymami, wszyscy robili wielkie oczy. Są pod wrażeniem naszego kredencjału. To miłe uczucie. Czujesz, że zrobiłeś coś wielkiego, to zdecydowanie daje kopa dalej.
W naszym pierwszym albergue poznaliśmy wiele osób: pielgrzyma ze Szwajcarii, z Barcelony, z Węgier, dziewczyny z Francji, czy Niemiec. Po ponad 30 dniach tracisz barierę językową. We Francji i Hiszpanii jest zdecydowanie śmieszniej. Większość zna jedynie hiszpański, bądź francuski; my polski, angielski i migowy. Posługujemy się głównie migowym, chyba, że jest w pobliżu nasz „tłumacz”. Na szczęście ludzie są bardzo mili, każdy „oddaje uśmiech za uśmiech”. Piękne wspomnienia na lata. Dziś kończymy kolejny etap. Został ostatni i najtrudniejszy – Camino del Norte. Buenas noches!

Dzień 44
Równo o 6:40 hospitalerka obudziła pielgrzymów. Po opłaceniu nocy (donativo – według własnej miary), dostaliśmy również muszle – 3 compostelki. Przyczepiliśmy je na rower i mamy nadzieję, przetrwają z nami jeszcze 3 tygodnie. Około godziny 8 wyruszyliśmy. Camino del Norte czas zacząć! 800km i Santiago de Compostela. Pierwsze kilometry, podjazdy – standard. Rozgrzewka. Naszym pierwszym mini etapem było Sanktuarium Nuestra Sra. de Guadalupe. Nagle przed nami droga gruntowa i wielki znak informujący o wycince drzew. Niech i będzie ta wycinka, ale mogliby nas przepuścić. Po około 300m za zakrętem widzimy pielgrzyma, również na rowerze. Najpierw pokazuje „stop”, później daje sygnał, że można się wspinać. Po chwili wspinaczki droga wygląda, jakby przed chwilą przeszła tu lawina błotna. Staramy się wdrapać z rowerami i pełnym bagażem. Bez sensu. Jesteśmy cali brudni, nie mówiąc już o rowerach. Zdejmujemy wszystko; dzielimy to na dwa kursy: osobno rower i bagaże. Podczas pierwszego kursu oglądamy się za siebie i co widzimy? Francuski, które były również z nami w albergue, wnoszą nasze bagaże. To coś niezwykłego. Piękny gest, wspaniali ludzie. Każdy z jedną sakwą wchodzi na szczyt. Nie można w to uwierzyć. Merciii!! Może kiedyś to przeczytacie.
W Sanktuarium odpoczywamy. Jeszcze szybka „zabawa kilometrami” (ustalanie trasy) i jedziemy. Decydujemy się na trasę przy szlaku. Jest to duży asfaltowy objazd (dobrze, że asfalt). Około 13 docieramy do San Sebastian.
Rowerami jesteśmy w takim samym czasie, co piesi pielgrzymi. Walczymy ze schodami, czy łódką (szlak nakazuje przepłynięcie rzeki). Czujemy się lekko zdemotywowani. Około 15 jesteśmy w Zarautz. Tutaj też chcemy odpocząć. Niestety albergue dla pielgrzymów jest zapełnione. Jedziemy dalej. Klasztor, przerobiony na albergue, w miejscowości Zumaia, ma wolne 2 miejsca. Na 3 miejsce na podłodze nie chcą się zgodzić. Dają cynka, że przy kaplicy cmentarnej na samym szczycie jest wiata, w której możemy kimnąć. Decydujemy się na to. To była najlepsza decyzja! Bezpiecznie, nie pada, nie wieje, z widokiem na Atlantyk i całe miasto. Wieczorem, przy dobrej muzyce wpatrywaliśmy się w hiszpańskie uliczki.

Dzień 45
Od momentu wjazdu do Hiszpanii zmieniamy troche nasz plan dnia. Wstajemy wcześnie, godziną zbliżoną do pobudek pielgrzymów. W wakacje ciężko wstać, bo to rzecz jasna wakacje (sama nazwa wskazuje, że śpi się długo). Przed 9 zwykle jesteśmy już po śniadaniu i kierujemy się na Drogę. Podobnie było i dziś. Na Półwyspie Iberyjskim słońce daje o sobie znać od 14. Jazda w takim upale jest bez sensu, więc mamy te kilka godzin na zrobienie normy. Śmigamy w kierunku Bilbao. Trasą N 634 udaje się nam dojechać przed Amorebietą. Szukamy jakiejś miejscówki na namioty, lub albergue. Jest opuszczony dom do wynajęcia. Na działce obok, w ogródku, Hiszpan podlewa roślinki. Zagadujemy z nim (znał angielski ^^ ). „Jak chcecie kupić to w Amorebiecie jest właściciel.” – mówi. Po wyjaśnieniu kim jesteśmy, po co i dlaczego, Hiszpan odpowiada, że nie ma problemu ze spaniem. Gdy doszliśmy za dom okazało się, że ma on coś na styl szopki przyległej do domu. Posprzątaliśmy, zjedliśmy, rozłożyliśmy maty, śpiwory i do wyra. Dobranoc!

Dzień 46
Noc była masakrycznie zimna. Nogi były jak „zimne nóżki”. Najlepszym rozwiązaniem byłoby nie wstawać. Ale wstać trzeba. Dziś kolejny gorący dzień. Ojj bardzo gorący. Z naszej kalkulacji wynika, że jesteśmy w dobrym miejscu i w jeszcze lepszym czasie. Podejmujemy decyzję o odpoczynku. Do Bilbao mamy trochę ponad 30 km. Już o ok. 12 jesteśmy przed Muzeum Guggenheima, sprężyliśmy się. Jeszcze selfie pod pająkiem Mama i do albergue. Jesteśmy pierwsi, w końcu. Otwierali dopiero o 15. Tak długo czekaliśmy, że przez moment przez głowę przeszła nam myśl: „Kurde, czy to na pewno tutaj?”. Punkt 15 było wiadomo, to tutaj. Szybka aklimatyzacja, myju myju i caały dzień przespany. Taki odpoczynek w wygodnym materacu, mając dach nad głową – prawie jak w domu. Patryk, el navigato wyprawy, ruszył w miasto wieczorem. Wrócił. Raport dostarczony: ” klimat, klimat…” Hiszpania to jeden wielki klimat. Ciepło, pięknie, ludzie wspaniali. Miód malina.

Dzień 47
Albergue w Bilbao jest zdecydowanie na plus. Zostaliśmy na śniadaniu, było skromnie (oczywiście patrzę na to przez „własne oko”), ale od serca. Z Kraju Basków wyjeżdżamy, już dziś wkraczamy w kolejną wspólnotę autonomiczną Kantabrię. Jej stolicą jest Santander. Właśnie tam planujemy się wybrać w najbliższych dniach. Kantabria kojarzyć się może tylko z jednym – z Górami Kantabryjskimi. Jako, że nie lubię połączenia rower i góry, swoim tempem, zawsze jestem za chłopakami. Ciężko mi wdrapać się na kolejny i kolejny podjazd, ale gdy tylko widzę te piękne krajobrazy moc wraca. Moc wraca pewnie też z tego powodu, że jak był podjazd to będzie i zjazd. Mają je tutaj niezłe. Serpentyny ciągną się między miasteczkami, wzdłuż wybrzeża; adrenalina wzrasta; hamulce się ścierają; prędkość rośnie i rośnie… Aż nagle kolejna góra. Zabawę rozpoczynamy od nowa. Góra, góra…dół, dół… Około 20 rozbijamy się na łące. Jest to pierwszy nocleg pod namiotami w Hiszpanii.

Dzień 48
Burza postraszyła, trochę padało. Nic szczególnego. Gdy rano otworzyłem oczy „szałas” stał jak wcześniej. Przeżyłem kolejną noc. Jeszcze tylko ok. 8.
Kilkadziesiąt metrów od naszego obozowiska znajdowało się źródełko z wodą. Tam też postanowiliśmy zjeść śniadanie. Podczas tej krótkiej drogi wzdłuż szosy szli pielgrzymi. Dwoje z nich mówiło po polsku!! Dzień dobry! Co za fajni ludzie! Zbyszek idzie Camino de Santiago już 3 miesiące i 1 tydzień. Weteran Camino de Santiago, nie ma sobie równych. Agata również idzie szlakiem św. Jakuba. Była nawet hospitalerką w polskim albergue. Moglibyśmy tak rozmawiać bez końca, lecz wszyscy mieliśmy jeden wspólny cel. Nasze drogi się rozeszły. Wesprzyjcie Zbyszka na jego blogu: www.camino.zbyszeks.pl . Takie wsparcie w połączeniu z Łaską Bożą daje moc. A ta moc na końcowym etapie jest najważniejsza. Wiem co mówie, jesteśmy już 48 dni w podróży.
Pogoda w górach jest nieprzewidywalna. Dziś było pochmurnie, lecz padało dopiero pod sam wieczór.
Od albergue dzielił nas kilometr. Navi kazała skręcić w prawo, znak dotyczący albergue pokazuje w lewo. Wybraliśmy drugą opcję, zły wybór. Na domiar złego, Patryk łapie kolejną gumę. Droga prowadzi nas na cmentarz. Po wymianie dętki i lekkim ustabilizowaniu pogody mogliśmy wrócić na właściwy tor. Nie trwało to zbyt długo, schronisko dla pielgrzymów było zamknięte. Nie było żadnego telefonu. Pustka w głowie. Bóg czuwa, opiekuje się pielgrzymami.
Nagle z furtki, gdzieś na tym samym osiedlu co nasz „jednodniowy dom”, wychodzi troje Hiszpanów. Rozmawiamy z nimi, przedstawiamy naszą sytuację. Oni wyjaśniają, czemu jest zamknięte. Chcą nam pomóc. Uff. Wykonują 5 – 6 telefonów. Dzwonią po różnych osobach, instytucjach, które są w stanie otworzyć albergue. Po chwili dzwonią nawet pod 112. Dochodzi do tego, że policyjny van może nas przewieźć do innego hostelu. Nowa przygoda, czemu by nie skorzystać. Niestety po kolejnej rozmowie okazuje się, że van nie pomieści rowerów i nas. Policjanci przez telefon wskazują miejsce, gdzie ktoś może nas przekimać. Jest to daleko, więc wspólnie decydujemy sie na namioty za albergue. Hiszpan proponuje nam podwózkę do Chińskiego sklepu. Z rowerami idziemy do wcześniejszej furtki. Okazuje się, że załapaliśmy się na hiszpańskie urodziny. Po zakupach, gdzieś do północy, rozmawialiśmy z masą ludzi o wyprawie, o życiu w Hiszpanii, o tym co robią, jak żyją, co jedzą, co piją; graliśmy w karty (znaczy oni grali, dziwna gra, której do tej pory nie rozumiem); uczyliśmy się hiszpańskiego; śpiewaliśmy „Sto lat !” solenizantce. Był to piękny wieczór, jeden z najlepszych. Późnym wieczorem rozłożyliśmy namioty i poszliśmy spać.

Dzień 49
Kolejna pobudka, kolejne składanie namiotów, kolejne obmycie, kolejne śniadanie. Już niedługo stuknie nam 50. Ładnie to wygląda, na mapie jeszcze lepiej. Emotikon smile 3100 km mamy na licznikach!
Przed 10 jesteśmy w Drodze. Do Santiago już tak niewiele – 470 km, no może troche ponad. W porównaniu z tym co już za nami jest to pan pikuś.
Flaga Kantabrii jest identyczna jak Polski. Posiada jedynie logo na środku. Wiele mieszkańców zaczepia nas i rozmowę zaczyna głównie od tego. Po południu docieramy do bajkowego miasta oraz Muzeum Altamire. W Santillana del Mar spotykamy dwoje studentów ze Szczecina. Idą Camino już 11. dzień. Co ciekawe podróż zaczęli stopem; dotarli do Írun i tam już pieszo. Wzieli ze sobą tylko 50 euro, więc walczą, takie camino. Niestety muzeum było zamknięte, spóźniliśmy się o jakieś 30 minut. Jest to zatem kolejny powód, by tutaj wrócić. Muzeum jest rangi światowej, więc na pewno nie odpuścimy. Lista robi się coraz to dłuższa, coraz to bardziej nie chcemy wracać do „cywilizacji”, do monotonii, do powolnego umierania. Trudno było się przestawić na „świat podróży i walki o kolejny dzień”, lecz gdy już się tutaj zadomowiliśmy, to czas wracać.
W Comillas przypadkowo zajechaliśmy na Arrastre Byków. Jest to kolejne wielkie przeżycie. Co to jest? Para Byków ciągnie określony ciężar; lepszy czas – lepsze miejsce. Zwycięska para zostaje udekorowana specjalnymi strojami; ludzie wiwatują; właściciel dumnie staje przed rzeszą fotoreporterów i podróżników.
Hiszpanie mają bzika na punkcie byków. Nie przepadam za corridą (choć gdybym miał okazję to zobaczyć to pewnie bym poszedł) , to jest zdecydowanie lepsze rozwiązanie i również przyciąga tłumy.
Wieczorem rozbijamy się przy hotelu na polanie. Uznajemy, że jest bezpiecznie. Jeszcze pucha z czymś co przypomina grochówkę i do wyra.

Dzień 50!!
Co za liczba, co za dzień! 50 dni w podróży. Wyjeżdżamy z Kantabrii, wkraczamy w kolejną wspólnotę – Asturię! Słynie głównie z cydru. Jako, że wybiła nam 50, postanowiliśmy zjeść domowy obiad, oczywiście z dodatkiem tego trunku.
Przez 50 dni jedliśmy puszki; niektóre smaczne, inne mniej. Strzelając w hiszpańskie dania udało się wybrać grzybową, jakiś kotlet i frytki. Dania były przednie, cydr dobry. Pije się go w dość nietypowy sposób. Jeśli z większej odległości przelejemy go do szklanki, to tworzy się więcej bąbelków, mnóstwo bąbelków, które zmieniają jego smak; wprowadzają orzeźwiającą nutkę.
Do celu zostało niewiele. Teraz na spokojnie można jechać; mamy jednak dalszy plan, który może zrobimy. Koniec Świata – czy damy radę tam dojechać? Się zobaczy. Śpimy na pastwisku. Śmiesznie byłoby się obudzić na rogach byka, albo zostać wylizanym przez krowę. Trzymajcie się.

Dzień 51
Z rana pobudka. Niestety dzisiejsza noc była ciężka dla Patryka. W nocy miał gorączkę, teraz nie jest w stanie napisać nawet smsa. Nie ma sensu jechać. Lepiej dzień odpocząć, niż później długo chorować. Zatrzymujemy się w najbliższym albergue. My na plażę, Patryk do łóżka. Całe popołudnie spędzamy na plaży. Nareszcie. Wielkie fale, surferzy, piękne kobiety – ahhh ta Hiszpania. ^.^ Wieczorem jemy „kolację pielgrzyma”. Dwa dania, deser i wino. Trafiliśmy na makaron (1), mięso, frytki i sałatkę (2). Na deser lody. Pychota!!

Dzień 52
Wczesnym rankiem, około 6, pierwsi pielgrzymi rozpoczęli przygotowania do wędrówki. Powoli Camino zmienia się w wyścig, o donativo albergue, o materac. Jako, że przeżyliśmy blisko 2 miesiące w trudnych warunkach to nie bierzemy udziału w wyścigu. Korzystamy, gdy potrzebujemy. Oni, jeszcze chwilę temu, wyszli ze swoich domów; ciężko tak z dnia na dzień przenieść się w dzicz; pod namiot, albo chmurkę (więc się ścigają). Na szczęście każdy z nich idzie, jedzie w jakimś osobistym celu. Sens, idea pielgrzymowania zostaje zachowana.
Z albergue wyjeżdżamy na samym końcu. Z rana przychodzi hospitalerka. Wczoraj, podczas rejestracji, zrobiło się komicznie. Ona znała tylko hiszpański, więc ciężko było się dogadać.
Około 14 jesteśmy w Gijon. By tutaj dojechać, musieliśmy się nieźle napocić. Długie podjazdy wycisnęły resztki sił; momentami nie miałem energi, by pchnąć ten pedał, by o kolejny metr być bliżej Santiago. Czułem (Czuję) się strasznie…
Blisko 17 jesteśmy już w kolejnym schronisku w Aviles (jakoś tak). Patryk jeszcze się leczy, ja muszę zdecydowanie odpocząć. Nogi wystawiłem na długą próbę. Wytrzymały dużo. Jestem z nich zadowolony. Teraz trzeba walczyć o każdy dzień, bo zostało ich tak niewiele.
Tradycyjnie myju myju, coś do zjedzenia i w śpiwór. Nie mam siły, by coś więcej napisać.

Dzień 53
Spałem długo, wyspałem się. Pierwsi pielgrzymi nie zdołali mnie obudzić. Patryk wyzdrowiał. Najważniejsze. Czy mogę jechać dalej? Jadę dalej, więc chyba mogę. Około 10 zwijamy się ze schroniska. Pierwsze kilometry już w głowie uruchamiają żaróweczkę: „odcięcie”. Nie mam sił. Odpalam muzykę z telefonu. Jest zdecydowanie lepiej. Głowa odpoczywa, chociaż ona, bo nogi cały czas w pracy. Przez chwilę nie myśle o następnej i następnej górze. Z muzyką jedzie się gładko. Około 17 szukamy albergi. Zajęta. Szukamy baru, zjemy coś ciepłego. Nie ta godzina. Jedzieny do sklepu po puszki. Puszki są. Uffff. Znów fasolowa. Chociaż nie mamy problemu z gazami.
Jedziemy dalej. Zdecydowaliśmy, że Finistiere odpuszczamy. Braknie nam dnia, może dwóch. Na początku czułem się z tym źle, bardzo mnie to drażniło, bo bardzo mi zależało. Teraz jestem bezsilny. Ale nie odpuszczę. Kiedyś. Pieszo. Ale to kolejne marzenia; spełnią się; wpisałem je w listę priorytetową.

Dzień 54
Wczoraj spaliśmy na polanie. Było górzyście, ale stabilnie. Padało, więc do 10 siedzieliśmy w namiotach.
Ruszamy. Santiago już niedaleko. Zmęczenie atakuje. Raz wygra, raz przegra. Teraz to bez większego znaczenia, mamy przecież mały zapas czasu. Brakuje na Finistiere, lecz jest nadmiar na Santiago.
Siedzimy sobie na stacji, gorąco jest. Wszędzie tiry, hałas jak cholera. Nam to nie przeszkadza. Ogarnąłem sobie muzykę, czas leci. I tak sobie odpoczywamy… Po chwili podjeżdża facet na gdańskich blachach. Nasz gość! Polak! Jak zatankował wymieniliśmy kilka słów. Mamy niezłe „korby” – mówi. No trzeba się zgodzić, kto normalny robi tyle kilometrów rowerem.
Wyruszamy. Górki, zjazdy, zakręty – normalnie nuda. Kolejna górka. My podjeżdżamy, ktoś zjeżdża. Widzi nasze flagi, krzyczy po naszemu. Kolejny Polak! Mateusz! Z Płocka! Rozmawialiśmy długo; jak na razie jedzie z 6 z przodu (6 tys. km). Jeździł z Japończykami, Francuzami; poznał mnóstwo ludzi. Spał w sadzie, wszędzie figi, winogrona, pomarańcze! Co za gość! Teraz chce wrócić. Ma czas do 21 września (wtedy ma urodziny). Niesamowity facet. Rozjeżdżamy się. Po tej rozmowie nabraliśmy mocy; że można; że trzeba, bo jest po co jechać; że nie ma rzeczy niemożliwych, tylko są trudniejsze w realizacji.
Mija czas, pod wieczór rozbijamy namioty w lasku między domami. Nic nie widać, ino psy nasz wyczuły i drą się jak szalone. Kolejny dzień zakończyliśmy hiszpańskim winem, orzeszkami i dobrą muzyką.

Dzień 55
Jest dobrze. Wyspani wyłazimy ze śpiworów. Mgła. Mało co widać. Trzeba odpalić lampki. Wczoraj Mateusz przekazał nam bardzo ważną wiadomość: możemy przejechać przez most i zostawić za sobą pewnie z 20km (objazd). Teoretycznie wygląda to dziwnie, ale przez most przebiega jedynie autostrada. Sytuacja się zmienia, bo jest tam ścieżka dla rowerzystów i pieszych. Wiwat!
Drogą N 634 dojedziemy do Composteli. Przy trasie zatrzymujemy się na plaży. Cudo! Przepiękna! Pożegnanie z Atlantykiem było wspaniałe. Ok. 15 głębiej wjeżdżamy w Hiszpanię.
Jesteśmy w Galicji. To ostatnia wspólnota autonomiczna, do której wjeżdżamy. Ostatnie chwile na Półwyspie Iberyjskim, jak to zleciało! 55 dni.
Zatrzymujemy się w sklepie. Po zrobieniu zakupów podchodzi do nas mężczyzna pochodzenia rumuńskiego. Na migi staramy się jakoś z nim dogadać. Dostajemy czekoladowe ciastka i rumuńskie(?) banknoty.
Po kolejnym zjeździe coś mi wali w rowerze. Może znów przylepił się ślimak. Nie. To pęknięte włókno w oponie. Jadę na rowerze, a czuję się jakbym jechał na koniu. Troche jest to niebezpieczne, bo jest większa szansa na przebicie, ale te 150 km (pewnie mniej) spokojnie dojadę.
Przed 20 udaje nam się dotrzeć do albergi. Wracamy jednak na policję, bo musimy się rozliczyć. Kasują po 6 €, ale śpimy i śnimy w wygodnych materacach.

Dzień 56
„Na koniu” cały czas jakoś da się jechać. Znaczy dało. Pękła. Huk potężny. Dętki nie ma co łatać, opona miękka jak żelki z biedronki, do tego podziurawiona.
Wymienione. Nie mam do tego talentu; nie muszę mieć. Jedziemy. Nie ufam mu, na górkach zwalniam jak się da. W przeciwnym wypadku mógłbym wylądować w rowie stękając.
Po 50 km zatrzymujemy się w albergue. Jest dużo Polaków. Spędziliśmy razem sporo czasu. Dziwne, gdy w końcu ktoś Cie rozumie. By ich zrozumieć musiałem się wsłuchać. Ogień jak to mówię. Wspólnie zjedliśmy kolację, do późnych godzin rozmawialiśmy. Jutro atakujemy Santiago; oby z powodzeniem.

DZIEŃ 57
Czy to już ostatni etap podróży? To już jest koniec?
Pogoda była bardzo zmienna. Raz deszcz, raz bez deszczu. Raz kurtka, raz bez kurtki. Na szczęście teren był łagodny; większość zjazdów, podjazdy łagodniejsze. To już musi być niedaleko! I było. Pokazał się znak „Santiago 31”. Przejechaliśmy ok. 3600 km i zostało już tylko 31. Magia. Marzenia się spełniają. Brześć dojechał do Hiszpanii. Nogi wytrzymały. Głowa również. Jesteśmy w Monte Do Gozo. Polskie albergue przywitało nas zaskakująco. Każdy miły, otwarty; czuliśmy się jak w domu. Poznaliśmy masę ludzi. Jeśli to czytacie to przesyłam Wam gorące gratulacje ukończenia Camino de Santiago pieszo i jednocześnie cieszę się, że Was poznałem. Do późnych godzin rozmawialiśmy. O wszystkim; wymienialiśmy się doświadczeniami, piliśmy wino i radowaliśmy się – każdy z nas spełnił swoje marzenie/cel! Teraz odpoczywamy kilka dni. Rowery wysłane. My kierujemy się na Madryt i Warszawę. Czas na podsumowanie wyprawy, montaż filmu. Wracamy do Polski.

Wyprawa dobiegła końca:
57 dni, 3660 kilometrów, Kamil Patryk Filip, Brześć Kujawski – Santiago de Compostela

Facebook Comments

Zobacz również:

6 thoughts on “SDC – relacja „na żywo”

  1. hej 🙂
    Bardzo dziękuję za kartkę. Nawet nie macie pojęcia jak mi to poprawiło humor 🙂
    Gorące pozdrowienia z nie za ciepłego Sierakowa

    1. Super, bardzo się cieszymy, że kartka doszła, a przecież była bez znaczka;)
      Daj znać jeśli będziesz potrzebować czegoś na poprawę humoru:) Polecamy się;)
      Pozdrowienia z chłodbej i mokrej Francji. Trzymaj się;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *