Niedziela 21.07.2013
Dziś wstaliśmy bardzo wcześnie, by na godzinę 7 pójść do Kościoła. Po mszy dostaliśmy zaproszenie na pyszne śniadanie od Pani, którą nazywaliśmy „Panią na medal” . Mogliśmy trochę zaoszczędzić pieniędzy, które będą w przyszłości potrzebne na wodę, czy inne pożywne makro i mikro składniki odżywcze. Tak więc około godziny 10 jesteśmy na trasie. Bez żadnych komplikacji mijamy Alwernie, Babice i Libiąż. Tutaj planujemy zrobić postój.
Zatrzymujemy się na stacji, by zjeść drugie śniadanie i przy okazji skorzystać z kompresora. Oglądam jeszcze raz pokrzywioną przerzutkę, którą wykrzywił „fachowiec z Zakopanego”. Filip podłącza kompresor do wentyli i powietrze wpada, wpada, wpada. Jedno koło jest dobrze napompowane (tak uważamy). Pompujemy drugie, powietrze wpada, wpada, wpada i magiczne bum i tsssssss. Filip wymienia dętkę. Po ok. 15 minutach wyjeżdżamy.
Kierujemy się do Oświęcimia, jesteśmy 7 kilometrów od niego. Gdy przejeżdżamy kilometr słyszymy ponownie magiczne tsssssss i tym razem Filipowi poszło tylnie koło. Już pod koniec wymiany z domu naprzeciw naszego przenośnego serwisu spotykamy się z najwierniejszym kibicem ekstraklasowego klubu. Mężczyzna zaprosił nas do siebie, by odpocząć od słońca. Pogoda tego dnia była przeciętna, był straszny upał. Zostaliśmy poczęstowani zimną lemoniadą i przez kilkadziesiąt minut rozmawialiśmy o naszej akcji. Będąc kibicem Łokietka i interesując się futbolem cieszyłem się, że spotkałem wiernego fanatyka, który pokazał mi drugą stronę fanatyzmu. Opowiedział nam o akcjach charytatywnych prowadzonych przez kibiców, o turniejach charytatywnych itp.
W pewnym momencie musieliśmy zakończyć konwersację, bo czas leci, a kilometrów nie ubywa. Z uśmiechem na ustach pożegnaliśmy się. Około 13 dotarliśmy do Oświęcimia. Korzystając z okazji zboczyliśmy z trasy jadąc do obozu zagłady Auschwitz -Birkenau . Niestety nie można wjeżdżać rowerami na teren obozu, więc tylko udokumentowaliśmy poprzez zdjęcia to miejsce. Wyruszamy dalej.
Mijamy Brzeszcze, Pszczynę i planowo nocleg szukamy w Jastrzębiu – Zdrój. Zdziwieni dowiedzieliśmy się, że nie ma tutaj żadnego pola namiotowego. No cóż czas leci, a my dalej szukamy. Jeździmy po trasie… Na zegarku jest 21.00, 22.00, 22.30. Dojeżdżamy do Wodzisława Śląskiego. Nic nie znajdujemy, więc przy Pomniku Powstańców Śląskich na placu Korfantego na ławce rozkładamy karimaty i najbliższą noc będziemy tam koczować. Mamy o tyle szczęścia, że jest bezchmurnie i ciepło.
Około godziny 23 przy pomniku chodzi mężczyzna z pieskiem. Zapytał nas co tu robimy, więc czuliśmy, że może coś da się zrobić. Tak też było! Po opowiedzeniu przez nas o akcji „Zibi” zadzwonił na kilka numerów. Dzięki niemu niedaleko od pomnika na prywatnej działce o 24 mogliśmy rozłożyć namiot. W oka mgnieniu to zrobiliśmy mimo sporego zmęczenia.

102_8455

Poniedziałek 22.07.2013
Już przed 8 jesteśmy na trasie, gdyż właściciel wyjeżdża do pracy. Namiot złożony, więc czym prędzej szukamy jakiegoś sklepu z naszym śniadaniem. 😀 O godzinie 8.30 po śniadaniu kierujemy się na Głogówek. Przerzutka Filipa głośno daje do zrozumienia, że czas na wymianę. Już w Wodzisławiu Śląskim szukamy serwisu, chcemy mieć to jak najszybciej za sobą. Niestety nie znajdujemy nic przejazdem. Godzinę później jesteśmy już w Raciborzu. Już na samym wjeździe znaleźliśmy serwis. Modliliśmy się, że ten serwis nie będzie taki jak ten z Zakopanego. Po wstępnych oględzinach można przystępować do pracy. Po godzinie rower jest „gotowy”, lecz po 500metrach jazdy testowej jest to samo. Serwisant wie, co jest przyczyną tych usterek i szybko to poprawia. Okazało się, że w tym serwisie został wymieniony łańcuch, tylna zębatka, tylna przerzutka. No cóż, jakoś trzeba do domu dojechać. W serwisie straciliśmy trochę czasu i czym prędzej wyruszamy.
Mijamy Głubczyce, Głogówek i Prudnik. Nasz nocleg zaplanowaliśmy w Nysie, a dokładniej na polu namiotowym Skorochów. Jest to jeden z najlepszych campingów, który mogliśmy zobaczyć. Pole namiotowe tętni życiem, niedaleko jest plaża, sklep i piękny sztuczny zalew. Dlatego też bardzo wiele osób przyjeżdża tutaj. Po rozmowie z recepcjonistką dogadaliśmy się, że nasze rowery zostawimy w pokoju dla personelu campingu (bezpieczeństwo na wysokim poziomie ).

Wtorek 23.07.2013
Tego dnia nastąpiła pierwsza tak wyraźna chęć poleniuchowania. Spokojnie, mamy coś na swoje wytłumaczenie. 😀 Od samego rana czuliśmy się jakbyśmy byli przynajmniej na Pustyni Gobi, ciężko było zjeść śniadanie, bo było aż tak gorąco. Nic się w taki dzień nie chce. No cóż, my trochę poleżeliśmy, ale czas wyruszać i się wymeldować. Około 10 – 11 pokremowani i wyposażeni w dużą ilość wody wyruszamy. Dzisiejszym naszym celem jest miejscowość położona w okolicach Wrocławia, bądź pola namiotowe, które znaleźliśmy w katalogu w centrum Wrocławia. We środę musimy stawić się w C.H. Auchan w salonie KARI, by wypromować akcję dla Mateusza.
Jak już wspomniałem, tego dnia to pogoda odgrywała największą rolę. W taki upał przystanki musiały być robione co 10 – 15 km. Około godziny 13 – 14 musieliśmy się poddać i pod drzewami na jakimś odludziu po prostu odpoczywaliśmy. Ja w takie dni uwielbiam spać, więc od razu się zdrzemnąłem. Gdy temperatura odczuwalna była niższa postanowiliśmy jechać dalej, ażeby dojechać. Gdy za sobą minęliśmy Strzelin wiedzieliśmy, że sił nam nie starczy, by dojechać do Wrocławia. Zmęczenie atakuje w tych momentach, w których się nie spodziewamy. No cóż…
Około godziny 19 dojechaliśmy do Żernik Wrocławskich. Tutaj zapytaliśmy miejscowego duszpasterza o rozbicie namiotu. Dostaliśmy pozwolenie. Zostaliśmy mile ugoszczeni, dostaliśmy pyszną kolację, wzięliśmy prysznic. Gdy rozmawialiśmy, czuliśmy się jak u siebie. Ksiądz miał 62 lata, codziennie biegał, a co tydzień jeździł na rowerze. Obyśmy my takie rzeczy mogli robić w tym wieku.

Środa 24.07.2013
Kościół, którym kierował ksiądz proboszcz był w remoncie. Od samego rana pracownicy firmy budowlanej walili w młoty itp. więc ponownie dostaliśmy darmową pobudkę. Rozluźnieni około godziny 9 wyruszyliśmy do Wrocławia. Dużo czasu postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie. Zobaczyliśmy Ratusz Wrocławski, Pomnik Bolesława Chrobrego, Stadion WKS Śląsk Wrocław, Cmentarz Oficerów Radzieckich. Posiedzieliśmy na starówce i po prostu żyliśmy chwilą. Po odpoczywaniu udaliśmy się do Salonu KARI, by nagłośnić akcję dla Mateusza. Porozdawaliśmy ulotki, przykleiliśmy plakaty i miło spędzaliśmy ten dzień. Około godziny 16 bierzemy rowery i wyjeżdżamy Wrocławia. Z racji tego, że mamy kilka dni w zapasie postanowiliśmy nie forsować tempa i przenocowaliśmy w ogrodzie w parafii w Strzeganowicach.

102_8498

Czwartek 25.07.2013
Mając kilka dni zapasu przez kilkadziesiąt minut staraliśmy się rozwiązać, gdzie mielibyśmy potencjalne noclegi w następnych dniach. Dzisiaj planowo dojechać mieliśmy do Jeleniej Góry. Tak też się stało. Na horyzoncie cały czas mieliśmy góry, jakże piękne góry, które na pewno kiedyś odwiedzę rowerem. Tutaj można sprawdzić swoje umiejętności oraz moc swojego umysłu, który nieraz mówił, że nie damy rady. Droga do Jeleniej Góry jest bardzo prosta, więc bez większych komplikacji, pokonując Kostomłoty, Strzegom, Bolków, Radomierz dojechaliśmy do celu. Świeżo położony asfalt i zjazd to jest to, czego potrzebowaliśmy. Mogliśmy poczuć wiatr we włosach i się odprężyć, choć przed nami jeszcze 9 dni. Miejmy nadzieję, będzie to 9 dni pełnych przygód i niezapomnianych chwil. Około godziny 19 dotarliśmy do Jeleniej Góry.
Wcześniej wyszukaliśmy w katalogach, że są tutaj minimum 2 pola namiotowe, więc jechaliśmy spokojnie do celu. Zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie na zakupy, na kolację i śniadanie. Nasze stroje i wyposażenie budziły ciekawość przy sklepie. Z kilkoma ludźmi sobie porozmawialiśmy o akcji, spotkaliśmy panią z córką, której syn jest mistrzem albo vice mistrzem w coś na rowerze (heheh nie wiem dokładnie) . Był tam również starszy pan, który w pewnym momencie gdzieś wyszedł. Nagle pojawił się z właścicielką sklepu. Oboje byli małżonkami i postanowili, że będziemy mogli się u nich rozbić w ogródku, obok sklepu. Naprawdę się tego nie spodziewaliśmy i byliśmy bardzo uradowani końcem tego, mówiąc szczerze, nudnego i gorącego dnia. Zostaliśmy również zaproszeni na ciepłą herbatę i przez kilkadziesiąt dobrych minut rozmawialiśmy – to co uwielbiam najbardziej. Bawiliśmy się również z psem, który ciągle, ale to ciągle chciał, żebyśmy mu rzucali patyk, po który pobiegnie. Nie pozwalał nam rozkładać namiotu. 😀

Piątek 26.07.2013
Około godziny 9 wstaliśmy, by o 10.30 wyruszyć w kierunku Bogatyni. Przed nami około 90 km. Rozmawiając wczoraj wieczorem z właścicielami sklepu, dowiedzieliśmy się, że trasa do Szklarskiej Poręby jest ciężka, natomiast jadąc dalej przez Czechy czeka nas już wstąpienie w równinne tereny. Tak też również było. Trasa licząca 20 kilometrów do Szklarskiej Poręby była niesamowicie wymagająca, przez cały czas wspinaliśmy się pod górę, cięgle jadąc na „1 – 1”. Po ok. dwóch godzinach dotarliśmy na samą górę. Musieliśmy uzupełnić zapas wody i jedzenie, by w razie jakiś fatalnych miejsc, gdzie nie ma sklepów nie jechać, a wziąć z sakwy. Udokumentowaliśmy Szklarską Porębę, poprzez zdjęcie z Duchem Gór i wyruszyliśmy dalej. Cieszyliśmy się, że pokonaliśmy góry, które sprawiły najwięcej problemów, a zarazem było nam szkoda opuszczać tego góralskiego klimatu, tych pięknych krajobrazów.
Trasa do Świeradowa – Zdrój jest o wiele łagodniejsza i oczywiście kończy się efektownym zjazdem. Jest to jeden z ostatnich zjazdów, gdzie prędkość przekracza 40km/h. Cała dzisiejsza trasa była tak wyczerpująca, że od początku wyprawy, dziś musiałem ulec umysłowi, który powiedział odpocznij. Podjazd w tej miejscowości, ciągnący się do granicy z Czechami wycisnął ze mnie 150%, więc musiałem po raz pierwszy pchać rower. Nic w tym strasznego, gdyż jest to dla mnie pierwsza taka duża wyprawa, ale widocznie inni wolą jeździć na czas. Mimo zgrzytów, pokonujemy podjazd i chcąc, czy nie chcąc zjeżdżamy bardzo stromym zjazdem. W tym miejscu pokonałem mój dotychczasowy rekord prędkości, który wynosi 56.1 km/h. Uwierzcie mi, że jadąc z przyczepką nieźle kołysało rower i czasami po prostu było niebezpiecznie, a nawet mogło się to skończyć groźną kontuzją.
Od Świeradowa – Zdrój docieramy do granicy polsko -czeskiej, pokonujemy Nové Město pod Smrkem, Frydlant i około godziny 19 jesteśmy w Bogatyni. Zatrzymujemy się u pani Teresy. Jesteśmy wspaniale ugoszczeni, czujemy się jak u siebie w domu. Rozmawiamy o tym co się działo 7 sierpnia 2010, zostaje nam przedstawiona zupełnie inna wersja powodzi niż ta, którą pokazywały media. Czy zatem to oglądamy, co dzieje się za oknem jest wiarygodne? Po bajecznie spędzonych chwilach w Bogatyni, zastanawiamy się na kolejnymi noclegami i dalszą podróżą.

102_8526
102_8542
Sobota 27.07.2013
„Jeden dzień, który pokazał na ile warto ufać ludziom”

Niestety tak mogę zatytułować te chwile, które utkwią w mojej głowie przez kilka dobrych lat. Jednak dzień zaczął się i skończył bardzo dobrze. A więc… (przepraszam, ale to celowe: wiem, że zdań nie zaczynamy od „a więc” 😀 ). Około godziny 10 wyruszyliśmy z Bogatyni, otrzymaliśmy mnóstwo jedzenia na drogę, które okazało się być zbawienne. Jeszcze raz za wszystko Pani Teresie dziękujemy. Za trud, za poświęcenie i za dobre serce! Pogoda tego dnia ponownie nas nie rozpieszczała, bowiem dziś był najcieplejszy dzień tej wyprawy. Jechaliśmy w pełnym słońcu, żar wydobywający się od asfaltu również zwiększał temperaturę… Spowodowało to, że gdy zobaczyliśmy na ekranie przy drodze aktualną temperaturę wynoszącą UWAGA 46 STOPNI CELSJUSZA siły momentalnie opadły.
W Zgorzelcu byliśmy zmuszeni zrobić postój, połączony z obiadem. Po około godzinie wyruszyliśmy dalej by nie tracić czasu, gdyż ta temperatura opadnie dopiero pod koniec dnia. Trasa nie była wymagająca, kilka lekkich podjazdów nie stanowiły już dla nas większego problemu. Mimo to zmęczenie całej wyprawy było widać na naszych twarzach…
Następny przystanek zrobiliśmy w przeklętym mieście nazywanym Gozdnicą. Dlaczego przeklętym? Otóż, gdy spożywaliśmy na stacji paliw posiłek, stworzony z przysmaków Pani Teresy dwójka młodych chuliganów zaczęła rozmowę pytając tradycyjnie: „Macie może papierosa?”. Opowiedzieliśmy, że nie, sądząc, że pójdą gdzieś dalej, jakieś 13013194 km stąd… Niestety zostali i „zaciekawieni” pytali. Nieco się wygadaliśmy, a że nie chcieliśmy z nimi utrzymywać większego kontaktu po prostu zaczęliśmy się zwijać. Po chwili jeden z bandytów po prostu zaczął przeszukiwać mój rower. Zaczęła się lekka przepychanka, po czym mogłem stracić telefon. Na szczęście groźba policji ich wystraszyła, więc mi go oddali. Wandale gdzieś sobie poszli, my również chcieliśmy jak najdalej stąd odjechać. Nagle w lesie wyłaniają się ponownie te dwa oprychy. Zwalają nas z rowerów, nie mamy szans na odwrót, albo przejechanie. Przez dobre 30 minut targujemy się, w końcu doszło to tego, że byliśmy zmuszeni użyć noża, który definitywnie pokazał nasze stanowisko. Chuligani zabrali kilka drobnych, paczkę cukierków, łatki, kluczyki zapasowe od zapięcia oraz zerwali flagę Brześcia Kujawskiego. Odeszli. My w tym czasie szybko przejechaliśmy dobry kilometr i zadzwoniliśmy na policję.
Po około 40 minutach zjawili się. Spisali nasze zeznania i wszczynają śledztwo niczym w W-11 (przesadziłem przepraszam 😛 ). Po rozmowie ze jednym z funkcjonariuszy uzgodniliśmy, że najbliższą noc spędzimy u niego w ogródku. Zatem zmieniliśmy trasę i wyruszamy. By bezpiecznie dojechać bez kolejnych negatywnych incydentów patrole policji cały czas nas obserwowały. Po około dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce. Jesteśmy świetnie ugoszczeni i możemy się porządnie wyspać ,gdyż rodzinka, tak jak my, lubi się wylegiwać dłużej.

Facebook Comments

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *