Niedziela 14.07.2013
Dzisiaj już planujemy dojechać do Zakopanego. Pozostało ok. 80 – 90 km, więc siły musimy perfekcyjnie rozłożyć. Na swojej drodze widzimy pierwszych turystów, kolarzy oraz górali. Na łąkach pasą się owieczki, a na poboczach znajdują się budki z oscypkami. Klimat gór właśnie się zaczyna. Zaczynają się również naprawdę wielkie podjazdy.
By szybciej dotrzeć do Zakopanego postanowiliśmy skorzystać, jak nam się wydawało z kolejnego skrótu. Wybraliśmy drogę przez Ochotnicę Dolną i Górną, sądząc, że jest ona mniej ruchliwa i lżejsza. Wiemy już na pewno: gdy mamy dwie możliwości wyboru trasy – prawie zawsze uprzykrzamy sobie życie. Tak było i tym razem, choć zaczynało się dość niewinnie. Lekki podjazd, blisko sklepy, brak dużego ruchu na drodze, lecz nagle ukazał się ten jeden znak, który zmienił nasz humor. Był nim A23, czyli stromy podjazd.
Pokonywaliśmy górkę prawie 40 minut, a jak był nasz wyraz twarzy na górze? Bezcenna chwila. Po chwili odpoczynku wyczekiwaliśmy kolejnego krótkiego, ale efektownego zjazdu. Tym razem było inaczej. Natrafiliśmy na serpentyny, czyli długie kilometry frajdy – cały czas zjazd i co kilkadziesiąt metrów zakręt. Pierwszy raz na całej trasie baliśmy się zjazdu, gdyż trzymając dość mocno hamulce, rower jechał z prędkością ok. 40 – 45 km/h. To było przeżycie! A później jeszcze ten widok na Jezioro Czorsztyńskie. Po prostu nie do opisania. Musicie tam być! Szybki zjazd i nie wiadomo jak odzyskaliśmy część sił, dzięki czemu Gronków, Szaflary, Biały Dunajec i Poronin mieliśmy już za sobą. Chwilę potem dotarliśmy do Zakopanego. Czekał tam na nas Łukasz, wielki fan Barcelony i miłośnik gór. W Zakopanem zatrzymaliśmy się prawie 4 dni, czy tylko odpoczywaliśmy? Niezupełnie…

Poniedziałek 15.07.2013
Mogłoby się wydawać, że teraz jak to niektórzy mówią: „Laby”. Nie do końca. W hotelu, w którym byli nasi znajomi przespaliśmy pierwszą noc w pokoju gier (jakieś piłkarzyki, ping – pong itp.), gdyż wszystkie pokoje były zarezerwowane. Mogliśmy trochę pograć, lekko się rozluźnić. Od rana szybko szukaliśmy jakiegoś lokum. Niestety musieliśmy wybrać inny hotel, kilka domów dalej. Aż tak tragicznie też nie było – właściciele obu domów znali się bardzo dobrze. Gadka – szmatka i płacimy dobre pieniądze (takie, które nas satysfakcjonują) za pokój w Zakopanem.
Drewniane wnętrze, wiele trofeów myśliwskich, poroża od razu pokazują klimat jaki tutaj panuje. Pierwszy dzień to czas aklimatyzacji, rozejrzenie się po okolicy. Było genialnie. Krupówki, wody termalne i inne atrakcje przyciągają wielu turystów – również nas. Turystyka stoi na wysokim poziomie – oczywiście ceny również. Wszędzie dookoła coś się dzieje. Czy kiedyś tak będzie na Kujawach? Oby.

102_8372

Wtorek 16.07.2013
Dziś po raz pierwszy się wyspaliśmy. To naprawdę niezwykłe wydarzenie zapisane w kalendarzu. Jednak będąc aktywnymi ludźmi nie mogliśmy pozwolić sobie na jakiś zastój w nogach. Z tego też powodu wyruszyliśmy z grupką przyjaciół w góry. Naszym celem miał być Giewont, liczący 1894 m. n. p. m. Od dawien dawna nie byłem w górach, więc teraz będzie moje pięć minut.
Po śniadaniu, szybko udaliśmy się na przystanek autobusowy. Złapaliśmy jakiegoś busa. Na pierwszy rzut oka wszystko normalnie, lecz kierowcy w Zakopanem są specyficzni! „Baca, bedom, ceper, dudka, flasecka, gornecek, harnaś, scyry, syćka” –to niektóre słówka i zwroty używane przez miejscową ludność. Najpierw chce się śmiać, w sumie później też. Górale są tutaj naprawdę fantastyczni. Wrócę tam – rowerem oczywiście! Wracamy na trasę… 😛 Autobusem dojechaliśmy na Kuźnice. Z Kuźnic przez Kalatówki, Dolinę Kondratową, obok schroniska PTTK na Hali Kondratowej dotarliśmy na Kondracką Przełęcz. Tam nasza grupa się rozdzieliła – część osób zdobyło Giewont, a część podbijało Kopę Kondracką i potem Kasprowy Wierch. My po krótkiej debacie zdecydowaliśmy, że tego dnia podbijemy dwa szczyty.
Już lekko zmęczeni wchodzimy coraz to wyżej i wyżej. Dochodzimy na wysokość 2005 m. n. p. m. – oficjalnie zdobywamy Kopę Kondracką. Po chwili odpoczynku ponownie idziemy, dość ciężkim jak dla mnie szlakiem. Wszędzie kamienie, piaski, konary drzew – to w pewien sposób utrudnia chodzenie – ale dla takich efektów, jakimi są widoki – mogę chodzić choćby na bosaka. Wąziutką dróżką stawiamy kolejny krok – krok, który w końcu muszą poczuć nasze nogi, szczególnie kolana. Po lewej i prawej stronie jest przepaść, tutaj (na szlaku z Kopy na Kasprowy) mogę siedzieć godzinami i jak głupi wpatrywać się w te doliny, wodospady, kozice, świstaki. Tak, tak. Na swojej drodze spotkaliśmy 2 -3 rodzinki kozic. Bym więcej Wam o górach opowiedział, bo jest co, ale pozwólcie, że jedynie zaproszę Was tam. Każdy pot wylany na polskich górach jest tego wart. Człowiek może w spokoju pomyśleć, pomarzyć, wpaść w refleksje.
Około godziny 17 dotarliśmy na Kasprowy Wierch liczący 1987 m. n. p. m. Tutaj już musieliśmy zrobić dłuższy odpoczynek, uzupełniliśmy zapas energii i płynów w organizmie. Gdy zobaczyliśmy ceny kolejki w dół na Kasprowym nieoczekiwanie siły momentalnie powróciły. Po ok. godzinie zeszliśmy z Kasprowego o własnych siłach i udaliśmy się na zasłużony obiad. Ospali po obiedzie udajemy się do pokoju, gdzie spędzamy resztę dnia. Planujemy również jutrzejsze popołudnie, bo trzeba w końcu wymienić koło w rowerze Filipa.

102_8306

Środa 17.07.2013
Planowo mieliśmy wstać o 8, żeby na spokojnie do serwisu zdążyć i przy okazji wyruszyć na Morskie Oko i na Krokiew. Wiadomo, jeśli zrobią rower od ręki muszą zrobić to wtedy, gdy nie ma ruchu w sklepie. Plan lekko uległ zmianie, tzn. zaspaliśmy. Wylegiwaliśmy się do 11. Spokojnie zjedliśmy śniadanie, wzięliśmy poranny prysznic i na pełnym luzie pojechaliśmy do serwisu sądząc, że fachowa firma ma fachowych pracowników.
Niby na pierwszy rzut oka wszystko fajnie, lecz „fachowiec” całą pracę wykonał w niespełna 30 minut. U mnie przerzutki dobrze poregulowane, u Filipa koło założone (jak się później okaże założone „na odwal się”). Gdy siedzimy przy sklepie i już mamy zamiar wyruszyć Filip zauważa pogiętą przerzutkę. Czy tak wygląda wymiana koła? Czy prosiliśmy o kolejną dawkę nerwów? „Fachowiec” wyprowadził nas z równowagi , gdy powiedział, że sami to przed chwilą zrobiliśmy. Po dość ostrej rozmowie postanowił jednak, że łaskawie to naprostuje. Żałujcie, że nie widzieliście naszych i jego min. Zdenerwowani postanowiliśmy, że zrezygnujemy z Morskiego Oka i Krokwi, a czas poświęcimy na pranie i pakowanie od nowa całego sprzętu. Straciliśmy zapas spokoju i w organizm wdarła się fala nerwów. Ale widocznie tak musiały być. Przygoda górą.

Czwartek 18.07.2013
Dziś rowerów nie będziemy używać. Im też potrzebny jest spokój. Spokój od nas. Dzisiaj zaplanowaliśmy sobie wejść na Gubałówkę. Jak byłem mały, czyli dawno, dawno temu na koloniach zawsze tam chodziliśmy. Dlatego teraz trzeba zobaczyć czy coś się zmieniło.
Idąc przez Krupówki, potem ulicą „Na Gubałówkę” docieramy na czarny szlak. Mijamy butki z oscypkami, góralskim wyposażeniem, koszulkami z napisem: „I love Zakopane”. Pierwsze kilkadziesiąt metrów szlakiem to spokojna dróżka, ale później jest naprawdę stromo. Za nami jest panorama Zakopanego, zauważamy również Giewont i Kasprowy Wierch. Gdy jesteśmy już na wierzchołku, uświadomiłem sobie, że zejść nie dam rady. Będę tu odpoczywał przez resztę dnia (byłem aż tak zmęczony).
Obeszliśmy Gubałówkę widząc piękne góralki, oczywiście były też piękne bryczki itp. Gdy zbliżał się czas powrotu do domu postanowiliśmy, że zjedziemy sobie kolejką na dół. Mając legitymację szkolną zapłaciliśmy rozsądną cenę i bez żadnego większego wysiłku znaleźliśmy się „na dole”. Dzień minął niezwykle szybko, więc wieczorem pożegnaliśmy się ze znajomymi i przygotowywaliśmy mentalnie nasze organizmy na jutrzejszy kolejny zryw rowerowy.

Piątek 19.07.2013
Z samego rana wypoczęci i bojowo nastawieni wyjeżdżamy z Zakopanego. Ostatni raz przejeżdżamy przez miasto, które tętni życiem. Naszym celem jest miasteczko położone ok. 10 – 15 km przed Krakowem. Pierwszy raz jedziemy w ciemno, „Co będzie to będzie” – myślimy. Gdy po kilku dniach wchodzimy na swoje rowery uczucie jest co najmniej dziwne. Mięśnie chyba dostały za dużo odpoczynku i trochę się zastały. Mimo to pierwsze kilka kilometrów pokonaliśmy w dobrym tempie (ok. 19 – 20 km/h w górach) mijając za sobą Kościelisko. Zatrzymaliśmy się na śniadanie w sklepie. Po chwili na postój przywędrowali kolarze z Otwocka. Śniadanie szybko dzięki nim minęło, wymienialiśmy się wrażeniami i doświadczeniami. Gdy chcieliśmy odjeżdżać dostaliśmy od nich pełen zapas jedzenia, gdyż oni swój wyjazd kończyli niecałe 10 kilometrów dalej (w miejscowości Witów), a mieli pełne sakwy pożywnych kasz i innych smakołyków. Pamiątkowe zdjęcie i wyruszyli dalej. Kończąc śniadanie sprawdzamy jeszcze kierunek wiatru i również się zbieramy. Wiatr mamy w plecy, więc jedziemy bardzo szybko, przy tym tracąc niewiele sił. Pogoda bardzo dopisuje, jest słonecznie, ale nie ma dużego upału. W Witowie po raz drugi spotykamy znajomych z Otwocka, z którymi rozmawiamy o rowerowej przyszłości. Może razem gdzieś się wybierzemy?
Przejeżdżamy przez Czarny Dunajec, Jabłonkę, Zawoję, Maków Podhalański i trafiamy na Suchą Beskidzką. Tutaj mamy mały postój i znów spotykamy „kolegów po fachu”. Są nimi kolarze z Lublina. Z nimi wymieniamy się trasą, gdyż jedziemy tam, skąd oni wracają. Trasa jest dość łatwa, tylko brak w okolicy pola namiotowego. No cóż, trzeba będzie się rozbić „na dziko”, bądź na plebanii albo domostwie. Wieczorem docieramy do Sułkowic, gdzie staramy się znaleźć miejsce na rozłożenie namiotu. Pogoda, jak wcześniej wspomniałem dopisywała, więc jak nie mogliśmy znaleźć to jechaliśmy dalej trzymając się trasy. Dojechaliśmy aż do Krzywaczki, gdzie dostaliśmy zgodę na rozłożenie namiotu w ogródku u starszej Pani. Komary straszliwie gryzły, a skończył nam się spray przeciw nim. Skutkowało to tym, że namiot rozłożyliśmy niczym Speedy Gonzales. Noc była spokojna, choć trochę grzmiało. W obawie przyczepiliśmy dodatkowe mocowania namiotu.

102_8391

Sobota 20.07.2013
Z Krzywaczki udajemy się do Krakowa, gdzie odbywał się półmetek naszej akcji. Wraz ze znajomymi z portalu Młody Włocławek świętujemy połowę trasy. Jak dotąd spotkaliśmy samych dobrych ludzi, miejmy nadzieję będzie tak i dalej.
By dojechać do centrum handlowego (Outlet Park Kraków) rowerzysta nieznający trasy musi się bardzo postarać. Przez naszą głupotę straciliśmy ok. dwie godziny. Przez knieje (jak na załączonym obrazku widać) spóźnialscy dotarli. Dzień minął świetnie, choć zakładaliśmy, że tego dnia dojedziemy chociaż 40 – 50 km od Krakowa, w okolice Oświęcimia. Szukając noclegu docieramy na camping niedaleko Krakowa. Dialog z pracownikiem był śmieszny i widać dokładnie jak chciano nas okantować. Oto jego fragment:

Anioły: Witam. Ile kosztuje rozłożenie namiotu na polu?
Pracownik: No tutaj dość tanio, 15 zł.
Anioły: A czy jest opłata za osobę? * tutaj już pracownik myśli, myśli i stara się wzbogacić
Pracownik: No dokładnie, że jest. 25 zł za osobę. Czyli wychodzi 65 zł.
Anioły: A wifi jest, prąd jest, prysznice są? *Nasze podpuszczanie 😛 *
Pracownik: Oczywiście, że są. Tylko za niektóre rzeczy trzeba zapłacić.

Niestety albo i „stety” (ze względu na ilość przejechanych kilometrów) dojechaliśmy do miejscowości Liszki. Zatrzymaliśmy się w Parafii pw. św. Mikołaja. Początkowo mieliśmy rozłożyć namiot w ogródku, lecz proboszcz postanowił, że przenocujemy w salce, gdzie jest ciepło, bezpiecznie i nawet wygodnie.

Facebook Comments

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *