Niedziela 07.07.2013
Na trasie byliśmy już 6 dni. Nasza organizacja wskoczyła o jeden poziom wyżej! W szybkim tempie spakowaliśmy namiot i resztę ekwipunku na rower i udaliśmy się do Czerniejowa, gdzie czekali na nas znajomi z Włocławka.
Po drodze, w Parczewie spotkaliśmy tamtejszą oficjalną grupę kolarską „Parczewska Grupa Rowerowa” składającą się dzisiaj z 20 kolarzy, a ogólnie o wiele, wiele więcej. Przejechaliśmy z nimi około 20 km wymieniając się przy tym wrażeniami i poradami rowerowymi. Nasze drogi rozeszły się w Ostrowie Lubelskim. Około godziny 15.30 dotarliśmy do Lublina. Ponownie pojawiły się coraz to większe podjazdy, które dla nas były nowością, gdyż takich górek na Kujawach nie ma.
Lublin będący 9. pod względem liczby mieszkańców miastem i największym na wschodzie kraju okazał się być piękny. Brama Krakowska przy placu Łokietka to jeden z architektonicznych symboli Lublina. Kolejnymi charakterystycznymi budynkami w tym mieście był Zamek Królewski oraz Stare Miasto. Kilka minut po 18 dotarliśmy na upragniony nocleg.
Zostaliśmy hucznie przyjęci przez ekipę z Młodego Włocławka. Po pysznym obiedzie rozmawialiśmy o dotychczasowych zmaganiach, wygłupialiśmy się itp. Po ciężkim i pełnym wrażeń dniu położyliśmy się, obejrzeliśmy kawałek filmu i wyczekiwaliśmy jutra.

100_7957

Poniedziałek 08.07.2013
Prawie każdy uczeń mówi: „Nie lubię poniedziałków”. Dziś od Czerniejowa chcieliśmy dotrzeć do Hrubieszowa, miasta gdzie znajduje się m.in. Zespół dworski Du Chateau, Synagogi w Hrubieszowie, Cerkiew prawosławna pw. Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy (parafialna).
Niestety po wcześniejszej usterce, jaką były luzy w tylnym kole Filipa, byliśmy zmuszeni rozbić namiot nieco wcześniej. Plan był, by po raz kolejny zapytać miejscowego duszpasterza o możliwość rozłożenia , bądź co nie bądź naszego domu.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie, by zakupić produkty niezbędne na kolację oraz śniadanie. Swoboda rozmowy ze sprzedawczynią sprawiła, że zostaliśmy zaproszeni na przyszłe pole namiotowe w Teratynie (dziś jest to sad) . Pani Mirosławie chcemy bardzo mocno podziękować za pyszną kolację, śniadanie, a przede wszystkim za rozmowę i bezinteresowną pomoc.

100_8039

Wtorek 09.07.2013
Po pamiątkowych zdjęciach w Teratynie jak najszybciej udaliśmy się do Hrubieszowa, sądząc, że szybko i bezboleśnie serwis rowerowy naprawi usterkę w rowerze. Znaleźliśmy jeden serwis. Po dłuższej rozmowie wiedzieliśmy, że żeby dostać koło z szybkozamykaczem musimy pojechać 60 km dalej – aż do Tomaszowa Lubelskiego. Koło takiego dystansu pewnie by nie wytrzymało, gdyby nie fachowa pomoc, by „jakoś” dojechać.
Około godziny 18 dojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego. Niestety wszystkie sklepy były pozamykane, więc czym prędzej zjedliśmy kolację i dojechaliśmy do miejscowości Susiec na pole namiotowe, kolejne 15 km od Tomaszowa Lubelskiego.
Camping był w pełni wyposażony, więc pomimo później pory mogliśmy sobie coś ciepłego przyrządzić. Doszliśmy do wprawy: namiot, szybki prysznic i spać.

Środa 10.07.2013
Dzień jak zawsze zaczęliśmy od porannego obmycia, śniadania i składania namiotu. Główną myślą tego dnia było: „Jak szybko wymienią to koło?”. Wróciliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, żeby czym prędzej dali nam to jedyne w swoim rodzaju kółeczko. Chcieliśmy jak najprędzej wjechać na trasę. Wiedzieliśmy, że mamy kolejne opóźnienie, ale jest to sprawa, w której czas się nie liczył. Dojeżdżamy do jednego serwisu – brak koła; dojeżdżamy do drugiego serwisu – brak koła; gdy dojeżdżamy do trzeciego serwisu, chcemy, żeby koło tam było, a zarazem czujemy, że go brak. Tak też było. W całym mieście nie było żadnego koła z szybkozamyczkaczem.
Ze względu na stan zdrowia Filipa, a dokładniej na stan jego stopy zdecydowaliśmy udać się również do Ośrodka Zdrowia. Po konsultacjach z lekarzami Filip otrzymał antybiotyki, ale pomimo tego, z lekkim grymasem na twarzy dalej pedałował.
Zdenerwowani jedziemy dalej, a każda dziura jest głośno odczuwalna przez rower. Dziś zatrzymujemy się w Przeworsku, na polu namiotowym. Jest zimno, ciemno i po 22. Na szczęście jest otwarte – dobra rozmowa z recepcjonistką (bajer ^^) i na pole wjeżdżamy za free. Szybki prysznic, kolacja i głęboki sen. Tego dnia postanowiliśmy, że upragnione koło odbierzemy w Zakopanym, gdzie będę czekać na nas znajomi z Brześcia Kujawskiego.

Czwartek 11.07.2013
Około 05.00 dostaliśmy darmową pobudkę. Wielka nawałnica dała o sobie szybko znać, dlatego w piżamach od samego rana mocujemy dodatkowe zapięcia od namiotu, żeby nie wyfrunąć. Przeszła bokiem, znów mogliśmy się na chwilę położyć.
Niebo zmieniało się z minuty na minutę. Raz było ciepło i bezwietrznie, więc jedziemy na krótki rękaw. Za 15 minut pada deszcz, więc trzeba ubrać kapok i założyć pokrowiec na sakwy. Kolejne 15 minut i znowu ciepło. Ba! Nawet zaczynało nieźle prażyć, ale kolejne minuty i wielka ulewa. I tak w kółko i kółko… Tego dnia przejechaliśmy najmniej kilometrów. Zatrzymaliśmy się w Rzeszowie, troszkę na obrzeżach miasta. Pytając właścicieli domów dostaliśmy akceptację na rozłożenie namiotu. Poznaliśmy świetną grupę z Małopolski, która akurat wynajmowała część domu. Poczęstowano nas przysmakiem „Prażone” i zaproszono na grilla. Mogliśmy się wykąpać i wyspać. Dobre zakończenie dnia.

Piątek 12.07.2013
Po wczorajszym złym dniu dziś musieliśmy nadrobić kilometrów. Wyjątkowo wyjechaliśmy bardzo wcześnie, bo już o 8 byliśmy na trasie. Chcieliśmy dojechać do Jasła. Ciągle nad Rzeszowem unosiły się deszczowe chmury, pomimo tego już dobrze wyposażeni jechaliśmy nawet w deszcz.
Jadąc ścieżką rowerową w Rzeszowie napotkaliśmy „Grzesia Elektryka” – tak nazwaliśmy Pana Grzegorza, który zainteresowany akcją postanowił, że pokaże nam skrót wart kilka dobrych godzin. Dzięki niemu zyskaliśmy 40 km. Ten czas postanowiliśmy na zobaczenie panoramy Rzeszowa, która znajduje się w Niechobrzy, miasteczka gdzie znajduje się Krzyż Milenijny. W tym samym czasie oglądając ludzi – mrówki dopadł nas deszcz. Schowaliśmy się pod drzewami, uzupełniliśmy płyny i ładowaliśmy energię poprzez batoniki i czekoladę. Siedzieliśmy i siedzieliśmy, ale ileż można tak siedzieć i nic nie robić? Zatem nie siedzimy, tylko wyruszamy dalej.
Nagle z pobliskiego domu wybiega właścicielka, rozmawiamy z nią… Po kilku minutach dostajemy sok z czarnych porzeczek i świeże maliny (prosto z ogródka) do bidonów. Wyjeżdżamy, bo przestało padać. Stan nawierzchni daje się odczuć. Robią się też coraz to większe podjazdy, które powodują, że co 15 minut chce się zjeść porządnego steka. Po raz pierwszy pojawia się niesamowity dla rowerzysty widok. Jest to zjazd z Warzyc w kierunku Jasła. Akurat zjeżdżaliśmy, więc na wzniesieniu widzieliśmy kilka bliższych miejscowości i się nie męczyliśmy. Zjeżdżać chce każdy, a kto ma podjeżdżać? Na nocleg dojechaliśmy do Niegłowic. Zatrzymaliśmy się w „Błękitnym domku”, gdzie sama rozmowa wystarczyła, by właścicielka przenocowała nas za darmo.

Sobota 13.07.2013
Całą noc staraliśmy się zaplanować noclegi na kolejne dni. Nasz wyjazd z kilku powodów przypominał bardziej rajd rowerowy, niż wyjazd w celach charytatywnych, wypoczynkowych. Około 23.30 poszliśmy spać, więc liczyliśmy się z tym, że na rower wsiądziemy później niż zwykle. O dziwo było inaczej. Wypoczęci wstaliśmy przed budzikiem, lecz za oknem nie było takiego entuzjazmu. Pada przez 10 – 15 -20 – 40 minut. Nie mogliśmy tego znieść i znów ruszamy w ulewę. Nawet sama właścicielka nas zatrzymuje i mówi, że jesteśmy dziwni. Tak, jesteśmy. Jadąc w taki deszcz nie wiedziałem, że będzie taka frajda. Kilka kilometrów i jesteśmy w Dębowcu. Przy okazji zawitaliśmy na XXVI Saletyńskie Spotkania Młodych. Rozglądając się uświadomiliśmy sobie, że akurat natrafiliśmy na sakrament małżeństwa. Po chwili ruszamy dalej. Góry widzimy coraz to bliżej, lecz teraz jakoś zakwasów nie mamy. Wiemy, że nogi są nie do zdarcia. Niestety pomimo tego z każdym dniem zmęczenie podwaja swoją siłę i co rusz atakuje. Bóle pleców i stawów staramy się niwelować, ale na ile nasze metody wytrzymają?
Przez lasy, knieje i inne dzieje dojeżdżamy do Województwa Małopolskiego, a dokładniej do Gorlic. Miejscowość ta ma bardzo bogatą historię. Otóż w 1915 roku rozegrała się tutaj jedna z największych bitem I Wojny Światowej (taaak, przeczytałem to z informacji na tablicy miasta J) . Robimy mały postój, patrzymy na zegarek, licznik i wiemy, że w świetnym stylu (przypominam, że już jesteśmy w górach – Pogórze Karpackie) dojedziemy do Nowego Sącza.
W praniu wyglądało to tak: 30 minut trwał podjazd – 10 minut zjazd. Czy warto? Warto! Do Nowego Sącza dotarliśmy około 20. Wcześniej zarezerwowaliśmy pokój w gospodarstwie agroturystycznym. Fakt było to dość drogie przedsięwzięcie, ale myśleliśmy, że zrobimy sobie pranie, wszystko ładnie wysuszymy i pojedziemy jak pierwszego dnia. Po drodze nieoczekiwanie mijamy oddział PTTK. Narada. Decydujemy się rozbić namiot na kempingu PTTK. Tanio nie było, ale troszeczkę pieniędzy zaoszczędziliśmy. Pogoda w nocy było średnia. Wprawdzie nie padało, ani nawet nie grzmiało, ale po raz pierwszy musieliśmy się zmagać z niską temperaturą. Każdy z nas miał na sobie założone kilka par spodni, bluz, skarpet i do tego dołożyliśmy po śpiworze i jakoś noc przeżyliśmy.

Facebook Comments

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *