Od wyprawy minął miesiąc. Co nieco można już napisać.
„cisza i wiatr
słońce i radość
deszcz na Twych skroniach
cóż więcej mógłbyś chcieć

gdy czas kończy się
nic się nie stało
nic się nie stało
nowy idzie dzień

choć czasem brak Ci tchu
pewności jakby mniej
nie zatrzymuj się,
masz jedno życie, więc…”

                                                                                                                           Artur Rojek „Cisza i wiatr”

Po dwóch miesiącach podróży, ciężkich 62 dniach, przejechanych 3660 kilometrach i pewnie kilku metrach, wielu niezapomnianych i zapomnianych chwil w gronie ludzi, których zapamiętamy do końca życia, dotarliśmy do Santiago de Compostela. Piękne wspomnienia, przede wszystkim dla Nas, później dla Was. Coś, czego nie można opisać w kilku słowach,  czego nie można opowiedzieć, czego nie można zobrazować  – jest aż tak trudno. Mnóstwo pięknych wspomnień. Ciężko, byście z tego tekstu coś „wynieśli”. Musiałbym napisać książkę, by w pełni opowiedzieć jak żyło nam się podczas Brzeskiego Camino de Santiago.

Wstajesz. To pierwszy dzień. Dzień, w którym zamiast iść do pracy, jedziesz po spełnienie marzeń. Leżysz jeszcze w wygodnym łóżku. Jeszcze jesz na talerzu (chyba kanapki, z masłem, z wędliną, serem żółtym), siedzisz na krześle, masz stół, gdzie możesz swoje śniadanie położyć. Później nie wiesz jak będzie. Czas nagli. Hiszpania? Czemu by nie. W Drogę! Pierwszy dzień zawsze jest najtrudniejszy. Żegnasz się, jakbyś już miał nie wrócić (ale zwykle wracasz). Deprecha i stres wielkie jak Himalaje. Przecież to co najmniej dwa miesiące. „Ostatni raz” wychodzisz z psiakiem, ciekawe czy Cię pozna. Dasz radę? Czy tak to musi wyglądać?
Pierwsze kilometry; pierwsze śniadanie, obiad, kolacja; pierwsza noc w namiocie. Ba! Pierwsze rozkładanie i składanie namiotu, przypinanie rowerów, obmycie. Jest jeszcze blisko, możesz zrezygnować. Ale teraz, po tym ile nerwów i sił w to włożyłeś? Zrób ten cholerny, pierwszy krok! Jesteś w Polsce, teraz się dogadasz, później to możesz się martwić. Rusz te 4 litery!
Camino de Santiago, piękna Droga, „Droga Życia”. Szlak św. Jakuba Starszego prowadzący do Katedry w Santiago de Compostela, w Hiszpanii. Oznaczony muszlami, strzałkami, czym się da, byleby pielgrzym „ogarnął”, gdzie ma iść. W Polsce ze szlakiem spotykamy się w Kruszwicy pierwszego dnia. I do końca szlak jest naszą nawigacją. Jako, że Polska jest pierwszym krajem jedziemy tym, przeznaczonym dla pieszych. A co! Vivat! Nic szczególnego się nie dzieje, poza nawałnicą na Polach Lednickich. Planowo chcieliśmy wyruszyć z samego rana; wyjechaliśmy kilka godzin później. Ale udało nam się przetrwać. Było gorąco, uciekaliśmy z namiotów, byłem tak przerażony, nie ogarnąłem sytuacji; do ośrodka wpadłem z jednym klapkiem i jednym butem. Wszystko na szczęście zostało na swoim miejscu i co dziwne, było suche.

DCIM100GOPROG0100528.

[Pogoda nad Polem Lednickim z każdą kolejną godziną robiła się coraz lepsza. To dobry znak.]

Po 8 dniach podróżowania po Polsce pieszym szlakiem widzimy „wymagania wyprawy”. Zósemkowane koła,  pierwsze prowizoryczne naprawy. Jednak po całej podróży stwierdzamy: Polska ma świetnie oznaczony szlak! Nie było wielkiego problemu, by się odnaleźć. Polecamy Wam wszystkim. Naklejki na znakach, czy tabliczki na drzewie zbliżały nas do celu. Dla rowerzystów jest dostatecznie: MTBki spokojnie sobie poradzą, treki powinny, szosa nawet niech nie wyjeżdża z garażu. Ludzie w Polsce mało wiedzą o Santiago, znaczy, my tylko na takich trafiliśmy. Mimo to byli bardzo pomocni. Z Polski w głowie mam przede wszystkim miejscowych pijaczków, którzy nie mając pieniędzy (piwo brali na kreskę), bez żadnego ale, chcieli nam włożyć po butelce wody na dalszą podróż oraz wskazali „skrót”. To był naprawdę miły gest.
Niemcy, kolejny kraj. Wjeżdżasz i od razu się dziwisz. Czy tutaj ktoś żyje? Pustki, żadnej żywej duszy. Ład, porządek, żadnych rozbitych butelek, papierki w koszu. Czy to „nowy zachód”? Mówię tu o  małych, niemieckich miasteczkach. Mam na myśli ten kolor, tradycję, spokój, porządek; ludzie pod parasolami sączą trunki, głównie piwo, dzieciaki bawią się przy fontannie. Inaczej jest z tymi dużymi miastami. Byliśmy w kilku: Siegen, Erfurt, Leipzig, Koln, czy Aachen. To jest tylko moje zdanie, nie musicie się z tym zgodzić. Bród, smród i mogiła. Wszędzie szemrane typy, śmieci na ulicach. Marzysz, żeby nic Ci nie wypadło, bo wtedy Ty wypadniesz z gry. Tak wyglądała dzielnica w Siegen. Nie polecam.  Miasta olbrzymie, dla rowerów zdecydowanie nieprzystosowane. Fakt, są ścieżki, ale co z tego jak piesi zamiast iść chodnikiem, na ścieżce urządzają sobie hiszpańską sjestę. Samowolka. Mi to nie odpowiada. Byle wyjechać. I wyjechaliśmy…

WP_20150721_19_15_29_Pro

[Tak wyglądał skwer w jednym z niemieckich miasteczek. Przyznacie, że robi wrażenie.]

Wyjeżdżamy. Po około dwóch tygodniach. Niemcy, podobnie jak i Polacy, maja zerową wiedzę na temat pielgrzymowania do Santiago, nieznane są im hasła „Camino de Santiago”, czy „Buen Camino”. Zdecydowanie bardziej kojarzą Lutherwege, nawet dostaliśmy jedną taką pieczątkę.
A właśnie, gdy dotarłem już do pieczątek. W Niemczech mamy ich już około 15. Pierwsza wiadomo, z Brześcia Kujawskiego. Dojedziemy do Hiszpanii, to pamiątkę mamy fantastyczną. Ile w takiej pieczątce jest bólu i zmęczenia. Za kilkadziesiąt lat będziemy wspominać to na nowo. Czekam na to! Ale ile jeszcze przed!
Dobra, trochę to niepotrzebnie wtrąciłem, już wracam na właściwy tor. W Niemczech spotykamy kilku Polaków, pewnie większość się nie ujawnia (flagi Polski mamy wystarczająco widoczne). Rozmawiamy z nimi o życiu w Niemczech. Zarabiają więcej, pracują mniej. Nie boją się wyjść wieczorem na miasto, tutaj w bramę nie łapią. Przy granicy zakupy zdecydowanie robią po polskiej stronie. Jest taniej. Dla nich. W Słubicach, na granicy handel idzie pełną parą. Dzieciaki, które siedzą na stoiskach, wraz z rodzicami zapraszają po niemiecku na swój najlepszy ser, czy wędlinę. Język opanowały do perfekcji, a mają ok. 10 lat. Po tych dwóch tygodniach moje nastawienie na bycie „anty niemieckim” wygasło. Wiele osób, mimo, że nie zna polskiego, stara się porozmawiać, zapytać po co, dlaczego, co i jak. Życzą powodzenia, bądź smacznego (z wieloma osobami rozmawialiśmy przy sklepie, gdzie najczęściej jedliśmy śniadanie). Życie jest tutaj spokojne, ale drogie. Śpiąc po campingach z naszych portfeli wypadła ładna sumka pieniędzy (1 nocleg na campingu– ok. 30 Euro).

Belgia. Kolejne państwo możemy odhaczyć „ptaszkiem”. Cały czas, od Brześcia, kierowaliśmy się na zachód. Cały czas wiatr w twarz. W połączeniu z deszczem jest to strasznie deprymujące. Rower wydaje się, że jest cięższy, wydaje Ci się, że nie starcza energii, wydaje Ci się, że weźmiesz pierwszy lepszy pociąg do Ojczyzny i wrócisz do spokojnego życia. Na szczęście tylko Ci się wydaje.
Teraz trochę kierujemy się na południowy – zachód. Pogoda nam sprzyja. Fala upałów, która dotarła nawet i do Polski, nas na szczęście ominęła. Jest wietrznie (ale do tego zdążyliśmy się przyzwyczaić). Jedziemy wzdłuż rzek wałami, ścieżkami. Wszędzie fabryki, masowce. Jest strasznie brzydko. Gdy dojeżdżaliśmy do Francji widok się zmieniał. Pokazywała się natura.
1 sierpnia, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, byliśmy już w Saint – Quentin (Francja). To już bliżej jak dalej!
I docieramy do Compiegne, gdzie robimy masowe pranie (w pralce;  uwierzcie nam, po ręcznym praniu, możliwość taniego wyprania w maszynie raduje niezmiernie). Rano wstaliśmy, mieliśmy kolejny mały cel do realizacji –  Paryż.  Zwiedzamy, zwiedzamy, zwiedzamy! Byliśmy w Bazylice Sacre Coeur, przy Moulin Rouge, na wieży Eiffla, na największym rondzie w towarzystwie Łuku Triumfalnego, przy Katedrze Notre Dame, przy Luwrze i wielu wieli innych, o których pewnie nie mamy pojęcia. Byczyliśmy się tam dwa dni. Było wspaniale, jednak co za dużo, to niezdrowo.

WP_20150803_13_17_29_Pro

[Łapiemy z Paryża ile się da]

WP_20150803_16_42_40_Pro

[Sacre Coeur]

WP_20150803_22_09_09_Pro

[Selfie z Katedrą Notre Dame]

WP_20150803_11_26_28_Pro [Takie tam z Les Invalides]

 

Zaczynając od Paryża, kończąc na Santiago odkrywaliśmy co skrywa w sobie sjesta. Nic nie skrywa. Tylko burczy przez nią w brzuchu. Pierwsze dni to istny paraliż. By coś zjeść musieliśmy przejechać ok. 15 km. Odcina (odcięcie energii) uruchamiała za szybko, co skutkowało strasznie męczącym dniem. Raz nam się tak zdarzyło w Niemczech, gdzie z rana zjedliśmy tylko owsiankę. Później głodowaliśmy. Ale nie ma się co dziwić, przecież była niedziela. Nasz błąd. Tutaj przez sjestę wszystko zmieniamy. Wstajemy później, zakupy zwykle robimy na dwie tury. Wcześniejsze doświadczenia nie ustrzegły nas od błędów. Na głodniaka szukamy pierwszego lepszego sklepu, gdzie mają coś co daje kopa. Zwykle to kiełbasa pleśniowa i bagietka, albo jogurt pitny i bagietka. Jemy mniej niż przewiduje norma, ale takie życie w podróży. Nie są to super dania, ale ważne, że zjadliwe gotowe puszki (ravioli, gulasz, grochowa (?) itp.). Pisząc zjadliwe mam na myśli to, że można je jeść codziennie i się je zje. Gdzieś do połowy Niemiec na śniadanie wygrywała  owsianka, ale musieliśmy z niej zrezygnować, bo pochłaniała za dużo gazu w kuchence. Przerzuciliśmy się zatem na bułki z czekoladą; śniadanie godne, pyszne i udawało się dojechać do obiadu. Na obiad zwykle gotowaliśmy w/w puszki. W Polsce ciężko takie coś dostać. Największy wybór mieliśmy w Niemczech, bo kupowaliśmy w niemieckim sklepie. Na kolację różnie, to co zostawało plus coś na to co zostawało. Bagietka z pasztetem, bagietka z czekoladą, mix z całego dnia.

WP_20150709_19_59_23_Pro

[Jedno z tych dań, które zrobiliśmy sami. Spaghetti]

W Hiszpanii (trochę wyjeżdżam przed), szlak był coraz to bardziej popularny. Im więcej pielgrzymów, tym również szlak staje się bardziej skomercjalizowany. Widzieliśmy wiele barów ze specjalnym zestawem dla pielgrzyma „Menu del Pelegrino”. Dwa dania, Pieczywo, woda, lub wino, deser. I to całkiem tanio. Z wiadomych przyczyn decydowaliśmy się na takie rozwiązanie.

WP_20150825_20_52_49_Pro

[Mięso, sałatka, frytki i oczywiście lampka wina – kolacja za jedyne 8 Euro]

 

Przyzwyczailiśmy się do sjesty, przyzwyczailiśmy się i do podróży. Co dzień, bardziej się staraliśmy dogadać. Wiadomo jak w podróż jedzie trzech chłopa. Szału nie ma, ale to zdecydowanie lepiej niż wyprawa trzech kobiet (chodzi mi tutaj o wszelkiego rodzaju spory). Ze stolicy Francji, przez Orlean, Blois, Poitiers, Saintes kierujemy się do Royan. Tam pierwszy raz widzimy Ocean Atlantycki. Prowadzi nas aż do okolic Ribadeo (Hiszpania). Trasą EuroVelo, czyli tak naprawdę rowerową autostradą, bezpiecznie przekraczamy granicę z najgorętszym krajem, który odwiedzamy. Po raz pierwszy, w Hiszpanii; po raz pierwszy w schronisku dla pielgrzymów, popularnie nazywanych albergami. Wiele wspaniałych osób. Wiele różnych osób. Francuski, Barcelończyk i reszta Hiszpanów, Szwajcar, Węgier, Niemki , Słowacy  i para Włochów. Z tymi ostatnimi, również rowerzystami, mijaliśmy się przez znaczną część szlaku w Hiszpanii.
Camino del Norte, w Polsce nazywany „Północnym Szlakiem św. Jakuba” w wielu przewodnikach uznawał za niemożliwe przejechanie go na rowerze (mowa tu głównie o części pieszej). Sprawdziliśmy to niedaleko Irun. Przewodnik nie kłamał. Wjechaliśmy w kawał błota. Akurat  miała miejsce wycinka drzew. Wielkie buldożery rozwaliły drogę (pojęcie ‘droga’ po wycince tutaj nie istniało). Glina przyklejała się wszędzie: koła, hamulce, sakwy, spodnie, buty. Byliśmy cali w glinie. A do końca jeszcze ponad kilometr. Postanowiliśmy, że zdejmiemy sakwy i wszystko wniesiemy na dwie tury. Idąc pod Sanktuarium de Guadeloupe po cicho rozmawialiśmy, ale głównie żartowaliśmy (nie liczyliśmy na taryfę ulgową), jak to fajnie by było, gdyby Francuski, bądź inni pielgrzymi wzięli choć po jednej sakwie na górę. Wtem odwróciłem się słysząc jakieś głosy; za mną widok Francuzek z sakwami. Nie mogę tego opisać! To było takie zaskoczenie!! Taki gest! Co za fantastyczni ludzie!! Hiszpania już pierwszego dnia, prowadzi w kategorii „Krajów do zobaczenia”.
Była niezwykle piękna. Hiszpania. Z jednej strony Ocean  Atlantycki, z drugiej Pireneje i Góry Kantabryjskie. To była ostatnia prosta! Zrobimy to! Tak, zrobiliśmy! Dokładnie 31 sierpnia dojechaliśmy do najlepszej polskiej albergi, Monte do Gozo. Poznaliśmy wiele wspaniałych osób. Natalia, Krzysiek, Basia, Bebe, Monika, Konrad, Magda, Kinga, Mariusz, Estera…. Jesteście wielcy, fantastyczni! 1 września przekroczyliśmy granicę Santiago de Compostela. Jechaliśmy i jechaliśmy i w końcu dojechaliśmy. Zdobyliśmy compostelki, byliśmy na pięknej polskiej mszy. Zostaliśmy tu trzy dni. Czułem się jak w domu. Wysłaliśmy rowery, pocztówki. Nie mogliśmy jednak odpuścić hiszpańskiej mszy w Katedrze. Obraz wielkiego kadzidła, które lata po całym kościele na pewno robi wrażenie. Niestety my tego nie doświadczyliśmy. Jedyne co to zemdlenie na tej mszy. Byłem osłabiony, więc miałem darmowe loty.

3 września już samolotem dotarliśmy do Madrytu. Mieliśmy jeden dzień na zwiedzanie, więc czym prędzej ruszyliśmy w miasto. Byliśmy na Plaza Mayor, Estadio Santiago Bernabeu. Udało mi się również zahaczyć o mój klub – Atletico Madrid. Byłem w muzeum klubu, a także zobaczyłem stadion Vicente Calderon.

WP_20150904_10_07_55_Pro

[Estadio Santiago Bernabéu robiło wrażenie]

WP_20150904_11_57_25_Pro

[Mój klub – Atlético Madryt]

I tak po raz kolejny samolotem, z Madrytu dolecieliśmy do Warszawy. „To już jest koniec, nie ma już nic”. Bezpiecznie wróciliśmy do swoich domów. Cytując osła ze Shreka: „ Ja chcę jeszcze raz!!”. Nieziemskie wakacje. Nie pierwsze i na pewno nie ostatnie.

Facebook Comments

Zobacz również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *